czwartek, 6 grudnia 2018

Mikołajkowo-świąteczne rozmyślania

Czekoladowe Mikołaje królują na
wystawach belgijskich cukierni
(fot. Nika Vigo)
Wpis ten publikuję w dniu Mikołajek, które już chyba na zawsze będą mi się kojarzyły z loteriami klasowymi.
Tak naprawdę to nie były wcale loterie, tylko coś jak współczesne Secret Santa. Na jakiś tydzień lub dwa przed 6 grudnia wychowawczyni zarządzała losowanie. Wybierała jednego ucznia do przygotowania losów z naszymi imionami i nazwiskami. A może to przewodniczący klasy je robił? Nie pamiętam.  A tak swoją drogą, czy w polskich szkołach są nadal przewodniczący klas? Może teraz to się jakoś inaczej nazywa? Chyba będę musiała zapytać się moich bratanków, którzy jeszcze do szkol uczęszczają, bo inaczej ta kwestia będzie mnie podświadomie męczyć.

No więc do jakiejś torebki foliowej wrzucaliśmy losy i potem ów przewodniczący chodził wzdłuż rzędów, a każdy z nas losował kogoś do obdarowania. Pani też brała udział w tym losowaniu. Na szczęście nigdy mi się "nie trafiła", bo nie wiedziałabym chyba co jej podarować.

Fajnie było wylosować lubianą koleżankę, bo jakoś łatwiej było potem kupić jakiś drobiazg. Najgorzej jak się trafił chłopak, a zupełna katastrofa jeśli był to nielubiany chłopak, np. specjalista od tak zwanych końskich zalotów.

Co wówczas sobie darowywaliśmy? Najczęściej bywały to maskotki lub małe zabawki. Ustalony był oczywiście górny pułap cenowy. Kiedyś dostałam prześlicznego misia, takiego, że mieścił się na dłoni. Miałam go chyba kilkanaście lat zanim się zawieruszył przy jakiejś przeprowadzce.

W domu też dostawałam jakieś drobne prezenty na Mikołajki, ale jakoś nic szczególnego nie zapisało mi się we wspomnieniach.

Kiedy sama miałam już jednego, a siedem lat później, drugiego syna, próbowałam symbolicznie wprowadzić mikołajkową tradycję do naszego domu. We Francji bowiem nie ma zwyczaju, by jakoś szczególnie obchodzić Mikołajki, a na pewno nie obchodzono ich w domu mojego męża, więc on nie znał takiej tradycji.

Dopiero po kilkunastu latach mieszkania w tym kraju dowiedziałam się, że jest jednak region, gdzie Mikołajki są naprawdę obchodzone jak należy, a jest nim Alzacja, z którą nawiązałam bliższe kontakty jakieś dziesięć lat temu (ale bynajmniej nie z powodu Mikołajek).

No, ale gdy moje dzieci były małe, to miałam jeszcze wrażenie, że jest to typowo polski zwyczaj i chciałam go kultywować szykując co roku drobne prezenty lub po prostu czekoladowe Mikołaje dla chłopców. Szybko jednak jakoś dorośli i nie wiem, czy utkwiło im to w pamięci.

Natomiast na pewno lepiej będą pamiętać moje polskie zwyczaje świąteczne. We Francji najczęściej prezenty pod choinką znajdują dzieci w pierwszy świąteczny poranek, a najważniejszym świątecznym posiłkiem jest obiad 25 grudnia.

I tu muszę zrobić pewną dygresję, bo gdy tylko myślę o świętach we Francji, to od razu przypomina mi się pierwszy raz, gdy je spędzałam w Paryżu.
Będąc młodą panienka... nie! Wróć!
Będąc młodą mężatką przeprowadziliśmy się z Finlandii (ja) i Luksemburga (mąż) do Paryża.
Kto ciekaw dlaczego akurat stamtąd, niech sięgnie po archiwalny wpis TUTAJ.
Przeprowadzka odbyła się latem, a my urządzaliśmy się powoli w pustym, nowo wynajętym mieszkanku. Biedni jak myszy kościelne i żyjący wówczas jeszcze z jednej skromnej pensji, robiliśmy to powoli. Tym bardziej nie było nas oczywiście stać na podróż do Polski na Boże Narodzenie. Nie były to czasy low costów, internetu i tanich telefonów, lecz zamierzchła epoka prahistorii komunikacyjnej.

Spędziliśmy więc święta tylko we dwoje, bo na wyjazd do rodziców męża tez się nie zdecydowaliśmy. Wigilia była skromna, ale miała polskie akcenty. Pierwszy dzień świąt minął uroczyście. Nadszedł drugi dzień świąt, a mój mąż się zrywa przed siódmą i zaczyna od prysznica, po czym zaczyna coś robić w kuchni. Wstałam zaciekawiona co też robi w święta (śniadanie do łóżka hmmm).  Idę tam  i widzę, że on sam kończy właśnie śniadanie i szykuje się do wyjścia.
Pytam sie co robi, a on że juz wychodzi. No to drażę dalej -  Ale dokąd? - Jak to dokąd? Do pracy. - odpowiada ze stoickim spokojem. - Jak to do pracy, przecież są swieta? - Dziś 26 grudnia, a nie święta - wyjaśnia mi lekko zdziwiony. Na to ja, no właśnie, dzis jest drugi dzień świąt....

W ten oto nieco szokujący o poranku sposób dowiedziałam się, iż we Francji drugi dzień świąt jest normalnym dniem pracującym. Alzację znałam wówczas tylko z podręczników historii, więc nie mogłam wiedzieć, że gdyby mój małżonek był Alzatczykiem a nie Bretończykiem, to szoku by nie było, bo Alzacja ma akurat dwa dni wolne od pracy w Boże Narodzenie. No, ale to już zupełnie inna para kaloszy.

Wracając jednak do obchodów świątecznych z moimi dziećmi, to udało mi się przez całe życie najuroczyściej świętować Wigilię i to tylko z rybami i bez mięs, co w tym kraju nie jest akurat oczywiste.

Prezenty przynosił Mikołaj zawsze przed wigilijnymi deserami, więc dzieciaki miały radość kilka godzin wcześniej niż większość francuskich dzieci. Na ogół któreś z nas wychodziło z nimi szukać Mikołaja  na klatkę, albo i przed domem, a drugie w tym czasie wyjmowało z ukrycia prezenty i układało je pod choinką. Po czym szło szybko szukać dzieci z wiadomością, że Mikołaj bardzo się śpieszył i przyszedł przez taras. Pamiętam, jak w pierwszych latach mój jeszcze jedynak wybiegał na taras za Mikołajem, bo koniecznie chciał zobaczyć czym on przyjechał. U drugiego syna wiara w Mikołaja trwała nieco krócej. Pewnie starszy brat go oświecił.

W tamtych czasach tylko we francuskiej telewizji oglądałam bajeczne reportaże z alzackich czy niemieckich jarmarków bożonarodzeniowych i bardzo chciałam je zobaczyć. A kiedy już dużo później pojechałam i zobaczyłam, to byłam nieco rozczarowana, bo ja chciałam je zobaczyć w białym śniegu, a tymczasem padał deszcz. I poczułam ogromne rozczarowanie. Zupełnie jak wtedy gdy czekałam na brata, którego miał przynieść mi bocian. I przyniósł, owszem, ale małego bobasa, a ja chciałam mieć STARSZEGO brata.
To chyba wtedy nauczyłam się, że warto wyrażać dokładnie i precyzyjnie swoje życzenia. Bo przecież ja nie powiedziałam rodzicom, że chce tego brata mieć starszego, więc wyszło jak wyszło, ha ha! Ale koniec końców na brata nie narzekam, bo trafił mi się super egzemplarz i każdemu życzę mieć właśnie takiego.

Obecnie co roku mam okazję być na kilku jarmarkach bożonarodzeniowych: W Strasburgu, Paryżu (no w tym roku nie ma), Brukseli, Warszawie. I ciągle nie tracę, że uda mi się zobaczyć któryś z nich w takim śniegu po kolana jak to sobie kiedyś wyobraziłam....

A wy jakie macie wspomnienia związane z Mikołajkami,  świętami czy jarmarkami?  

Napiszcie w komentarzu, a do jednego, dwóch czy nawet trzech trzech autorów lub autorek najciekawszych komentarzy powędrują w przyszlym tygodniu świąteczne pocztówki ( i nie tylko) z starsburskiego jarmarku bożonarodzeniowego, który istnieje od 1570. Będę tam akurat cały przyszły tydzień i liczę na choć jedną długą wizytę na jarmarku.
Komentarze będę wybierać z tych, ktore pojawią się przed 16.00 w piątek 7/12/2018.


A tymczasem wracając wczoraj wieczorem z teatru w Brukseli nakręciłam dla was krótki filmik na Grand Place z tegoroczną choinką.




---------------------------------
Archiwalny wpis o brukselskim jarmarku TUTAJ
Archiwalny wpis o strasburskim jarmarku TUTAJ
Archiwalny wpis o alzackim jarmarku w Miluzie TUTAJ
Archiwalny wpis o świątecznych dekoracjach na paryskich Polach Elizejskich TUTAJ