niedziela, 25 września 2016

Wrzesień - czas winobrania w Roussillon



26 września obchodzony jest Europejski Dzień Języków Obcych. 

Owo święto było ustanowione przez Radę Europy w 2001 roku i obecnie aż 47 państw uczestniczy w jego obchodach.
Blogerzy z grupy Blogi Językowe i Kulturowe, do której i ja należę,  po raz drugi* już zorganizowali akcję Miesiąc Języków Obcych
Na naszym wspólnym blogu znajdziecie linki (o tutaj) do wszystkich wpisów w ramach tej akcji.
Jej tegorocznym tematem jest jesień i miesiąc wrzesień widziany przez pryzmat kultury, tradycji lub języka danego kraju.

czwartek, 22 września 2016

Babau, czyli smok z Roussillon

Jaki jest pierwszy smok, który przychodzi wam do glowy? Pewnie tak jak i mnie Smok Wawelski. W każdym kraju czy regionie musi być jakaś legenda o smoku. Tak już się utarło, że trzeba czymś straszyć dzieci, a taki smok jest chyba straszniejszy nawet od czarownicy.

Logo Święta Babau w Rivesaltes
W Pirenejach Wschodnich, w krainie zwanej Roussillon też straszono dzieci smokiem. Miał on na imię Babau (wymawiane dokładnie tak samo "babau") i nie pożerał niewinnych dziewic jak to gdzie indziej bywało, lecz porywał i zjadał małe dzieci.

Nawet w naszych czasach babcie w Roussillon straszą dzieci porwaniem przez Babau, gdy te nie są grzeczne.

Słyszałam o dwóch wersjach legendy o Babau.




Wersja I

Pierwsza z nich związana jest z Hannibalem (III-II wiek przed naszą erą) i przemarszem jego wojsk przez Pireneje. Wojsk było multum, może nawet 60 tysięcy. Ciągnęły kilometrami i do delikatnych nie należały, więc po ich przemarszu, nawet pokojowym, mało co się ostawało i wiało grozą na wieść o ich nadejściu.

Maszerowały z nimi setki zwierząt hodowlanych, czyli ich ówczesna kantyna i lodówka, bo zabijano je stopniowo, gdy na miejscu nie znaleziono wystarczajacej ilości żywności. Miejscowa ludność chowała się z przerażeniem i czekała aż wojsko przejdzie. Trwało to jednak wiele dni, bo wojska  i zwierzęta posuwały się powoli.

Jednakże największy postrach budziły ogromne, nieznane nikomu w Roussillon zwierzęta o dziwnej trąbie, czyli słonie, jakich używał w bitwach Hannibal. 

Zoo wówczas nie było, telewizji i internetu również nie, więc tubylcy z przerażeniem podglądali z daleka te ogromne, robiące wiele hałasu potwory.

Istnieje więc teoria, że to przerażenie słoniami i niecnymi czynami żołnierzy Hannibala pozostawiło w tradycji usnej opowieści o słoniach Hannibala, które z czasem  przerodziło się w smoka Babau. 

W każdym razie mój urodzony w Roussillon małżonek, w dzieciństwie nasłuchał się od babci o straszliwym Babau, który go porwie i pożre, jeśli będzie niegrzeczny.


Oto mapa wyprawy Hannibala do Italii podczas II wojny punickiej.
Jak widać przeprawiał się przez Pireneje tuż
nad Morzem Śródziemnym, czyli właśnie w Roussillon. (Źródło)
                                              

                                               Wersja II

Druga wersja wiąże się z legendą średniowieczną i z miejscowością Rivesaltes nieopodal Perpignan (czyli w Roussillon właśnie)

Według owej legendy w nocy 2 lutego 1290 roku (tak, tak, data jest dokładnie znana) okropny stwór pojawił się na brzegu rzeki Agly. Nadszedł on nie wiadomo skąd.

Zbliżył się do murów średniowiecznego grodu Rivesaltes, ale bramy miasta były już zamknięte na noc.
Potwór, który okazał się być okropnym, krwiożerczym smokiem, znalazł jednak szczelinę w niezbyt zadbanych murach obronnych. Udało mu się dostać do miasta i pożreć aż sześcioro dzieci, z czego najstarsze miało raptem 7 lat.
Plakat tegorocznego
święta Babau w Rivesaltes

Nie wiadomo kto go nazwał Babau, ale to pod tym imieniem smok z Rivesaltes przeszedł na wieki do historii. 

Po owej tragicznej nocy ogłoszono w grodzie żałobę, anulowano wszelkie uroczystości i przede wszystkim naprawiono szczelinę, którą smok dostał się do środka. 

Następnej nocy Babau krążył ponownie wokół grodu, a straże przysięgały później, że na własne oczy widziały ogień w jego oczach i słyszały jak poświstuje ze złości.

Kolejnej nocy pewien rycerz z Fraisse, przebywający akurat przejazdem w grodzie Rivesaltes, zaczaił się i ranił śmiertelnie smoka.

Mieszkańcy odetchnęli z ulgą i wyrwali mu z ciała żebro, które po dzisiejszy dzień stanowi relikwię miasta.

Tak naprawdę to relikwią okazało się żebro wieloryba wyrzucenego na brzeg przez Morze Śródziemne w 1828 roku w miejscu, gdzie obecnie leży miejscowość Saint-Cyprien.

Niemniej jednak Rivesaltes jest bardzo dumne ze swego Babau i każdego roku, ku uciesze turystów, organizuje Fête de Babau, czyli święto Smoka Babau. Ma ono miejsce na początku sierpnia i stanowi ogromną atrakcję, a Rivesaltes przeistacza się wówczas w średniowieczny gród.

W 1996 roku reaktywowano nawet Bractwo Babau (Confrérie Babau), jakie niegdys istniało w Średniowieczu i ono to zajmuje się organizowaniem Święta Babau i kultywowaniem jego legendy, a przy okazji promocją lokalnych win z Roussillon.

Wielka parada podczas święta Babau


Wpis ten powstał w ramach jesiennego projektu Klubu Polki Na Obczyźnie. Linki do wszystkich wpisów tego projektu znajdziecie TUTAJ.





czwartek, 25 sierpnia 2016

Było, minęło... Minitel - 30 lat francuskiego protoplasty internetu


W ramach sierpniowej  akcji W 80 blogów dookoła świata wybraliśmy dla was temat "Było minęło . Dziś więc możecie przeczytać u mnie o Minitelu, typowo francuskim wynalazku, który żył swym życiem przez trzydzieści lat, dopóki Internet nie wyparł go bezpardonowo strącając w mroki niepamięci.


Pod moim nieco nostalgicznym wpisem i Minitelu znajdziecie linki do wpisów innych członków naszej grupy uczestniczących w tej akcji.


*****


Jest wysoce prawdopodobne, że większość czytelników mego bloga nie wie cóż to takiego ów Minitel, który królował we francuskich domach od 1982 roku przez trzydzieści lat, czyli do roku 2012.

Miał ekran jak telewizor turystyczny i klawiaturę jak maszyny do pisania (azerty). Początkowo nawet miał zwykłą klawiaturę alfabetyczną, która okazała się niewygodna, więc szybko zamieniono ją na tę używaną przez maszynistki i sekretarki. Podłączony był do gniazdka telefonicznego i na dodatek każdy mógł go dostać za darmo....  Tak, tak. Minitel rozdawano za darmo. Ale wróćmy może do początku owej "minitelowej przygody".


Jest rok 1977, a może 1978. Prezydentem Francji jest Giscard d'Estaing. Pewnego dnia na jego biurku położono raport dotyczący informatyzacji Francji. To ten właśnie Raport Nora-Minc (od nazwisk autorów) stał się przyczyną poczęcia francuskiego protoplasty Internetu. Pisząc protoplasty używam oczywiście dużego uproszczenia, bo Internet rodził się poniekąd równolegle i opierał się na innych zasadach, ale to Internet w ciągu kilkunastu lat wyparł nieco później francuski Minitel z rynku.

Na podstawie Raportu Nora-Minc podjęto decyzję na szczeblu państwowym,  by rozwinąć nową sieć informatyczną o nazwie Vidéotex, a aparat ją obsługujący nazwano Minitel. Nazwa Minitel z czasem zaczęła oznaczać i sieć i sprzęt i dostępne dzięki niemu serwisy.


Po co w ogóle wymyślono Minitel? 
W latach 70-tych Francja nadrobiła opóźnienie i ilość abonentów telefonicznych wzrosła na tyle szybko, że France Telecom nie nadążał z re-aktualizacją papierowych książek telefonicznych. 

W ten oto sposób France Telecom i La Poste zainwestowały w Minitel, a pierwszy serwis udostępniony użytkownikom,  to właśnie elektroniczna książka telefoniczna, słynne 3611, które należało wpisać na ekranie.

Pierwsze, pilotażowe terminale rozdano użytkownikom już w roku 1980, a dwa lata później wprowadzono je do użytku w całym kraju. Sam Minitel, jak już wspomniałam  był darmowy. Płatne było jedynie połączenie telefoniczne, którego używano do transmisji danych między terminalem i bazą danych. 

Minitel bardzo przypadł Francuzom do gustu. Wkrótce można było konsultować wydania gazet,  sprawdzać rozkład jazdy, a nawet kupować bilety. Pojawiły się sklepy korespondencyjne jak 3615 3 SUISSES. Siedem banków udostępniło swym użytkownikom  wyciągi z kont. Można sprawdzić program kin i nawet znaleźć abonenta po numerze telefonu (tzw. odwrocona książka telefoniczna dostępna pod kodem 3615 ANNU)

Ale największą sławę zyskał Minitel,  dzięki serwisom libertyńskim, czyli słynny Minitel Rose. Pod adresami 3615 ULLA, czy 3615 GERALDINE można było na żywo dyskutować z młodymi kobietami (teoretycznie przynajmniej młodymi, bo widać było tylko tekst). Minitel gwarantował anonimowość każdemu użytkownikowi, więc tego typu usługi rozwinęły się błyskawicznie równocześnie z usługami giełdowymi, bankowymi czy dla młodzieży.


Szczyt popularności Minitel przeżywał w latach 1996-97, kiedy to oferował ponad 25 tysięcy różnych serwisów, a w użyciu było ponad 6,5 miliona terminali.

Minitel miał każdy, nawet ja. Trudno mi uwierzyć,  że to już tyle lat, ale gdy przyjechałam do Francji posiadany przez nas komputer nie był początkowo podłączony do Internetu. Nie pamiętam kiedy pojawił się u nas modem do komputera, ale Minitel mieliśmy w domu od początku. Dopiero przeprowadzając się do nowego mieszkania w 1997 roku, oddaliśmy aparat, bo już go nie używaliśmy i tylko zabierał miejsce. 

Zamknięty Minitel w moim pierwszym francuskim mieszkaniu.
Rok 1995.

Znalazłam jednak dla was specjalnie w starych albumach z (papierowymi) zdjęciami , jedno takie z 1995 roku. Zeskanowałam i powiększyłam fragment, gdzie dobrze widać Minitel stojący na półce , a raczej tronujący pomiędzy doniczką i telefonem stacjonarnym (tak, dobrze widzicie, słuchawka miała jeszcze kabel)



Poniżej znajdziecie dwa filmiki, które pokażą wam jak działał Minitel i jak go reklamowano w telewizji. To już historia ...





Minitel, był wielką dumą Francji, która jakoś nie chciała widzieć, że ekskluzywny jeszcze Internet zaczyna podkopywać zasługi populistycznego wynalazku jakim stał się Minitel.

Słynne stało się zdanie Prezydenta Chiraca z 1997 roku, gdy zażartował:

"Dziś piekarz z Aubervilliers wie dokładnie jak sprawdzić swe wyciągi bankowe w Minitelu. Czy można to samo powiedzieć o piekarzu w Nowym Jorku?"

"Aujourd'hui, un boulanger qui vit à Aubervilliers sait exactement comment vérifier ses relevés de compte sur le Minitel. Peut-on dire la même chose d'un boulanger à New York ?"

Ciekawe jak żartował sobie Prezydent Chirac kilka lat później?

Inwazja internetu była bowiem nieunikniona. Stopniowo firmy zaczęły tworzyć swe strony internetowe utrzymując nadal usługi  w Minitelu.  
I tak poświęcony filmom serwis 3615 Allociné stał się wkrótce www.allocine.fr . Strona ta istnieje do dziś i ma się bardzo dobrze.

Podobną migrację wykonało wiele innych firm. Istniejące dziś fortuny często wywodzą się z epoki istnienia Minitelu. 
I tak randkowy serwis www.meetic.com ma swe korzenie w Minitel Rose (owego czatu z miłymi paniami). 

Z czasem jednak Minitel zaczął się starzeć. Użytkownicy przekonali się do komputerów i Internetu. Trzymali często Minitel z przyzwyczajenia. Najbardziej przywiązani do Minitelu okazali się rolnicy z Bretanii, ale w 2012 i oni musieli się z nim pożegnac na zawsze.

30 czerwca bowiem odłączono od sieci istniejace jeszcze 420 tysięcy terminali, które podłączano do sieci telefonicznej coraz rzadziej.

Zorganizowano całą kampanię zniszczenia odzyskanych terminali, których nie dało się wykorzystać już do niczego.

Dlaczego Minitel umarł w wieku zaledwie 30 lat? Ograniczony technicznie nie mógł już stawać w szranki z ulepszanymi coraz bardziej kolorowymi, pełnymi zdjęć i filmów komputerami i Internetem. Brak mu było graficznego interfejsu, a transmisja danych była bardzo powolna.

Pojawiły się telefony komórkowe i smsy, które zastąpiły wysyłanie wiadomości minitelem. Komputery stawały się coraz tańsze i otwierały ludziom okno na świat. Z roku na rok wymyślano coraz nowe, lepsze modele, a Minitel stał w miejscu. 

30 czerwca 2012 zakończył żywot,  choć już od lat jedynie wegetował. Odszedł bezpowrotnie do przeszłości. 

Francja była bardzo dumna ze swego Minitelu. Tylko, choć wszyscy za granicą zazdrościli jej tego wynalazku, to nikt go jakoś nie chciał kupić i wprowadzić u siebie, stawiając na pełen możliwości Internet.

Ciekawa jestem czy słyszeliście kiedyś już o Minitelu?



Źródła:
http://www.zdnet.fr/actualites/fin-du-minitel-retour-sur-30-ans-d-internet-a-la-francaise-39773564.htm

http://www.lemonde.fr/technologies/article/2012/06/29/l-adieu-international-au-minitel-le-france-wide-web_1726823_651865.html



Zapraszam do lektury pozostalych wpisow

Austria
Viennese breakfast -  Było minęło – czasy CK


Chiny
Biały Mały Tajfun - YMCA


Finlandia


Francja
Demain viens avec tes parents - Było minęło - Les Années folles


Gruzja
Gruzja okiem nieobiektywnym - Była sobie fabryka…


Hiszpania

Japonia


Kirgistan


Litwa

Niemcy
Nauka Niemieckiego w Domu - Było, minęło kiedyś w Niemczech
Niemiecka Sofa - Było, minęło …

Norwegia

Rosja

Turcja


Wielka Brytania




Włochy

Wielojęzyczne









środa, 24 sierpnia 2016

Kalendarz Polki na Obczyźnie 2017

   Szalony pomysł powstał  i zaistniał. Jak zobaczycie na zdjęciach, projekty Klubu Polki na Obczyznie przestały być jedynie wirtualne i przybrały konkretną, papierową formę książki - kalendarza.

















   Kalendarz ma twarde okładki i zawiera wiele zdjęć, szkiców, tekstów i wierszy. Wszystkie są autorstwa naszych Klubowiczek, a zostały zebrine (i wybrane) przez założycielkę naszego Klubu Magdę, mieszkającą aktualnie w Kairze.

   To ona wszystko przymyślała, zorganizowała, zrobiła skład i korekęe i wydała nasz Kalendarz. Już w lipcu pierwsze z nas otrzymały swoje zamówione egzemplarze, ale na jesieni ma byc dodruk, więc moze i wy zdolacie zamowić swój egzemplarz.

Link do fanpage'a tego projektu : Kalendarz Polki na Obczyźnie i fragment znajdującego się tam opisu:

Znajdziecie w nim
- ok. 34 zdj. kolorowe i 25 czarno-białych - zdj. Polek z Klubu oraz autorstwa Polek z ich podróży po świecie,
- ponad 30 ciekawostek z różnych krajów, a także opisy kilku ciekawych miejsc...

- ok. 20 przepisów, w tym wiele lokalnych z najdalszych zakątków świata, wszystkie sprawdzone przez nasze Klubowiczki i bardzo proste do przyrządzenia
- ok. 28 stron tekstu - opowiadania bardziej lub mniej zmyślone - wszystkie autorstwa Polek z Klubu Polki
- przepisy na maseczki
- kilkanaście szkiców naszych Klubowiczek
- kilka kolorowanek
- 3 quizy z wiedzy o wiecie - znanych ludziach i zabytkach
- kilka wierszy autorstwa Polek z Klubu
- kilka opisów książek wydanych przez Klubowiczki







KONKURS *** KONKURS ***  KONKURS



Póki co postanowiłam przeznaczyć jeden z moich egzemplarzy dla czytelnika lub czytelniczki mego bloga, który przyśle do 30 sierpnia 2016 do północy krótki tekst opisujący pierwszy dzień roku szkolnego, tego który najbardziej wam utkwił w pamięci.


Wybór będzie absolutnie subiektywny, Kalendarz powędruje do osoby, która napisze najciekawszy, najbardziej wzruszający (interesujący, oryginalny itd.) tekst.


Teksty proszę wysyłać na adres notatkiniki@gmail.com lub przesłać w prywatnej wiadomosci fanpage'a. Można też wstawić tekst w komentarzu pod wpisem.

Wybrany tekst (nie musi być długi) zostanie opublikowany i dodany w tym wpisie 31/08/2016.




*****

Aktualizacja 31/08/2016

Dziękuję wszystkim osobom, które przysłały mi teksty; dziękuję za udział i poświęcony czas. Jak zwykle wybór "laureata" był bardzo trudny. Najchętniej wszystkim bym wysłała po Kalendarzu, ale niestety mam do dyspozycji tylko jeden.

Po zastanowieniu postanowiłam, iż nasz Kalendarz otrzyma Ania Kitka (http://loveeatandworkinparis.com ) 
Za jej zgodą publikuję poniżej otrzymany od niej tekst.


*****   Wbrew temu, czego uczy nas dzisiejszy internet, czyli że powrót do szkoły musi być przerąbany, bo przecież szkoła to bezsensowna kopalnia talentów, to mi akurat od dzieciaka ten wczesno jesienny okres bardzo się podobał. I nie chodzi mi tu wcale o te wszystkie, piękne, spadające liście z drzew, o ten przyjemny wiaterek, który mizia mnie po policzkach. Ja po prostu szkołę lubię! Nie, nie byłam kujonem, lizusem, nerdem i tak dalej. Ja po prostu szybko się nudzę, wakacjami również szybko się nudziłam, głupia ja! Może gdyby moi rodzice posiadali niezliczoną gotówkę i wakacje spędzałabym na wyspach, jakichkolwiek, to do budy wracać bym nie chciała. A tak wracałam z szerokim uśmiechem na mojej młodziutkiej, bez zmarszczkowej wtedy twarzy. Przygotowania do szkoły to było dla mnie nie lada wyzwanie. Kupowanie zeszytów, piórników, kolorowych gel-penów, najlepiej zapachowych. Nie będę ściemniać, ja to po prostu uwielbiałam. Ale high levelem był dopiero wybór mojego outfitu na pierwszy dzień szkoły! Idealnie wyprasowana, koniecznie biała bluzka, jeansowa rozkloszowana spódnica i białe, grube rajstopy. Buty jeszcze z tamtego roku, bo z braku pieniędzy wcześnie nauczyłam się dbać o swoje przedmioty. Oprócz wszystkich tych przygotowań, oczywiście w brzuchu ściskało mnie z radości, bo pierwszy dzień szkoły to pierwszy dzień spotkań z uczniami w klasie! A że od dziecka byłam duszą towarzystwa, mimo że mało mówię, to nie posiadałam się z radości, że na przerwie znów będę mogła wymieniać się karteczkami z segregatora z Królem Lwem na przodzie.
   I oto nadszedł! Pierwszy dzień ostatniej klasy podstawówki. Trzecia klasa. Po tym roku przeniosę się na wyższe piętro i nie będę już maluchem! Byłam podekscytowana, pełna energii, pełna tyłu pozytywnych uczuć, że w sumie teraz myślę, że jednak może byłam kujonem. Aż w trakcie lekcji przygotowawczej, zachciało mi się siku.
- Tak Aniu? – zapytała wychowawczyni 3B, zauważywszy moją rekę w górze.
- Czy mogę wyjść do toalety?
- Naturalnie.

   W podskokach ruszyłam w stronę damskiego WC, zrobiłam siku, podciągnęłam białe, grube rajstopy i poszłam myć ręce. W toalecie nie byłam sama, bo rączki myła także mała blondyneczka „pierwszak”. Po chwili spojrzała w moją stronę, nieprzyjemnie obcinając od góry do dołu, by w połowie swojej mało dyskretnej czynności odezwać się piskliwym głosikiem:
- Ja przepraszam, ale to jest toaleta dla dziewczynek, nie dla chłopców!
Coooo! Tyle przygotowań tej okropnie uciskającej w szyję białej koszuli i tych cholernych, grubych rajstop, tylko po to, by zostać pomylonym z chłopakiem w pierwszy dzień szkoły.
Dodam, że wyrosłam na całkiem niezłą laskę, mimo męskiego typu urody ?!

NIE idź do szkoły, tam zrobią z Ciebie kogoś kim nie jesteś... J   *****

*****
Ale to nie wszystko, bo postanowilam ustanowic druga nagrode dla Kamili, ktora nadesłała mi ponizszy tekst.
A nagroda jest książka naszej Klubowiczki , Julii Raczko "Gdzie jest Julia".
A oto tekst Kamili:
*****
Kiedy byłam w gimnazjum, zupełnie przypadkowo zaczęłam uczyć się języka francuskiego. Z braku innych interesujących mnie zajęć pozalekcyjnych, zapisałam się na francuski, który wcześniej w ogóle mnie nie interesował. Kiedy poinformowałam o tym wyborze moją rodzinę, nie okazali entuzjazmu, a tata stwierdził, że i tak do niczego mi się to nie przyda. Bardzo się jednak mylił, bo obecnie mam licencjat z filologii romańskiej. Wracając do czasów szkolnych, chodziłam na lekcje francuskiego przez dwa lata. Nauczycielka dojeżdżała do nas z miasta oddalonego o kilkadziesiąt kilometrów. Zawsze była trochę na dystans. Myślę że po prostu nie lubiła uczyć. Na koniec trzeciej klasy gimnazjum pożegnałyśmy się, myśląc że to nasze ostatnie spotkanie.
Moje zdziwienie było niewyobrażalne, kiedy na rozpoczęciu roku szkolnego w liceum, w zupełnie innym mieście, do którego przeprowadziłam się w wakacje, zobaczyłam właśnie moją nauczycielkę francuskiego. Okazało się, że będzie wychowawczynią naszej klasy. Miałam mieszane uczucia. A kiedy zobaczyła mnie i powiedziała tylko "Czy my się skądś nie znamy?", utwierdziłam się w przekonaniu, że wolałabym trafić na kogoś innego. 
*****














Kalendarz Polki na Obczyźnie podróżuje po świecie, a oto galeria jego zdjęć.


GALERIA ZDJĘĆ



Okładka autorstwa naszej Klubowiczki ze Słowenii
Kasia Riznar Illustration
 a oto i jej strona www 





SZWECJA - Agnieszka
blog : Zapiski Szweckie




WŁOCHY - Agnieszka
blog : Ciekawa Aosta




AMERYKA POLUDNIOWA - Ewelina
blog : One Way to Freedom



NIEMCY-MALTA - Justyna
blog : More Malta




FRANCJA - Karolina
blog : Francuskie życie





HOLANDIA - Gosia
blog : Wśród wiatraków i tulipanów





WIELKA BRYTANIA - Dominika
blog: My (not) so ordinary days


WIELKA BRYTANIA - Sadeemka
blog : Blog o życiu w Anglii


Kalendarz wśród winnic Mojej Południowej Arkadii
na południu Francji w regionie Roussillon

Kalendarz w Mej Północnej Arkadii, czyli w Brukseli

Podróżująca po całym świecie Kasia z bloga Kanoklik
również ma swój egzemplarz


HISZPANIA - Dorota
blog : Kropla Arganu

WIETNAM - dr Ania
blog : Czekolada z farszem
(zdjęcie dodane 25/08/2016)

KANADA - Monika ma swój egzemplarz w Toronto
blog : 6757 km
(zdjęcie dodane 31/08/2016)

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Trudne francuskiego początki...

Dawno, dawno temu, gdy nie znałam jeszcze francuskiego, wydawał mi się on jezykiem tak pięknym, że aż niemożliwym do nauczenia. Mając 9 lat zaczęłam uczyć się angielskiego, potem doszedł obowiązkowy rosyjski i kolejne języki.  Nigdy jednak nie pomyślałam nawet o nauce francuskiego, który był dla mnie językiem poezji i piosenek. Już prędzej nauczyłabym się włoskiego,  gdybym miała wybierać, bo bardzo mi sie podobał.
Życie jednak wybrało za mnie nie pytając mnie wcale o zdanie. Więcej na ten temat możecie poczytać w mym archiwalnym wpisie "Co wywiało mnie z Polski".

Kiedy przyjechałam do Francji na stałe, był to mój drugi zaledwie przyjazd. Pierwszy raz przyjechałam na krótko w momencie obchodów dwóchsetlecia rewolucji francuskiej. Drugi przyjazd miał miejsce rok później i miał być "na jakiś czas", a trwa do dzisiaj. Oczywiście nie muszę chyba podkreślać,  że po francusku znałam tyle co "bonjour", "merci" i znany chyba wszystkim refren pewnej (wcale nie francuskiej) piosenki "Voulez-vous coucher avec moi?"