sobota, 9 sierpnia 2014

Otello i prowansalska burza, czyli sierpniowego weekendu dzień pierwszy

Sierpień rozpoczęliśmy weekendem prowansalskim. Miał to być weekend- niespodzianka i do pewnego stopnia był. Trudno bowiem ukryć cel podróży do samego końca.

A celem podróży, gwoździem programu był spektakl « Otello » w Teatrze Antycznym w Orange.  Otello, czyli opera w ramach letniego festiwalu Chorégies d’Orange z mym ulubionym tenorem Roberto Alagna w roli tytułowej.




Do Orange dotarliśmy bez pośpiechu. Dobrze, że samochód ma dobrą klimatyzację, bo np. w kabriolecie upały dają sią we znaki dużo bardziej na dłuższych trasach w pełnym słońcu.
Jechaliśmy więc jedząc obiad po drodze w pewnej dość znanej przydrożnej restauracji nieopodal Beziers, gdzie miałam wrażenie, że znalazłam się przez pomyłkę na planie jakiegoś absurdalnego filmu , coś pośredniego między komedią i parodią. Restauracja była pełna tak na 75%, a personel sprawiał wrażenie jakby dopiero co zamienił się z kimś na role i nie bardzo wiedział co i jak robić.

Zamówiliśmy zestaw dnia, żeby nie czekać zbyt długo…  Świergoczący radośnie kelner oznajmiał wszystkim, że to jego ostatni dzień, bo odchodzi na emeryturę…  Niby powinien w takim razie mieć trochę doświadczenia, ale jakoś skrzętnie to ukrywał. Po przystawkach jakaś inna osoba przyszła zapytać, co chcemy na deser (!).  Danie główne w końcu się znalazło po dłuższym oczekiwaniu (w międzyczasie dwie inne osoby przychodziły ponownie przyjmować zamówienie, a trzecia chciała nam serwować befsztyki, których nie zamawialiśmy,  przed przystawka J)

Napoje tez były, a jakże , w połowie przystawki… Inni klienci niecierpliwili się i irytowali, bo nie wszystkim trafiało się danie, które zamawiali.  Jakiś straszny bałagan musiał tam panować na zapleczu …
Z filozoficznym uśmiechem zgodnie zrezygnowaliśmy z deseru i kawy i już w połowie dania głównego zasygnalizowaliśmy chęć płacenia. Może to jakaś impreza non profit, ale jak na restaurację, to nie bardzo zależało im na zainkasowaniu należności J
A ponoć kilka lat temu można tam było smacznie zjeść i do tego w milej atmosferze.  Świat jednak , jak widać, nie stoi w miejscu i wszystko się zmienia.

Po tym dziwnym posiłku, zdecydowani spędzić mimo wszystko fajny weekend ruszyliśmy dalej już prosto do Orange. Odnaleźliśmy hotel, zaparkowaliśmy w cieniu i poszliśmy się odświeżyć po podróży. 



Następnie wyszliśmy na spacer po centrum, czyli po najstarszej części Orange. To niewielkie, ale dość urocze miasteczko. Jego główną atrakcją jest oczywiście Teatr Antyczny, o którym pisałam już na blogu kilkakrotnie (KLIK TU  i TUTAJ TEZ)

Spektakl zaczynał się  21h30 więc na spokojnie kupiliśmy zapomniane poduchy do siedzenia (teatr ma kamienne siedziska i trzeba przewidzieć cos do siedzenia, albo potem cierpieć w milczeniu przez parę godzin).







Te poduchy jak do krzeseł ogrodowych, albo nawet zwykle poduszki dekoracyjne, to znak rozpoznawczy teatromanów w Orange. Już z daleka widać kto się przechadza po mieście z poduszka pod pacha i od razu wiadomo dokąd idzie.

A dla takich zapominalskich jak my, okoliczne sklepy wystawiają stoiska na ulicy i sprzedają owe poduchy po 10 euro… Można sobie wybrać dowolny model i kolor, bo wybór jest spory.

Przypadkiem udało nam się dostać mały stolik pod pergolą restauracji nieopodal teatru i jedząc pizzę (tego wieczoru proponowano tylko zestaw « Chorégies », i kilka prostych dań) i popijając różowym winem, mogłam napawać oczy widokiem muru akustycznego teatru.





Większość stałych bywalców zarezerwowała sobie specjalnie stoliki w tej właśnie restauracji i dlatego nie każdy ma fart, aby moc spożywać posiłek przed przedstawieniem w tym właśnie przybytku, którego jedyną zasługą jest dobra lokalizacja.


Koło 21-ej zdałam sobie sprawę, że za chwile wejdę do teatru, gdzie już 2 tysiące lat temu odbywały się misteria teatralne. Magia teatru i poczucie wyjątkowości chwili zaczęły działać… Dookoła ludzie, którzy podobnie jak my, przybyli specjalnie z odległych czasem miejscowości : Rennes, Dijon, Valence…

W dniu spektaklu, to tędy właśnie,
na prawo od muru akustycznego,
wchodzi się na widownię
Widok na widownię od strony wejścia


I wówczas , nagle, dosłownie w ciągu kilku minut, napłynęły nad Orange czarne chmury…

« Otello » też rozpoczyna się sceną burzy… Tylko, że my byliśmy jeszcze poza teatrem, a burza, choć wspaniała , była prawdziwa i absolutnie z operą nie związana.

























Nastąpiło urwanie chmury. I to takie porządne…. Lało jak z cebra, grzmoty i błyskawice następowały kilkq sekund po sobie. Klienci ze stolików na wolnym powietrzu uciekali w popłochu do sali wewnątrz restauracji, albo pod pergolę, gdzie znajdował się nasz stolik.
Wyciągnęłam wiec poncza, które przygotowałam na wszelki wypadek, gdyby trochę kropiło w czasie spektaklu (bo jakby wszyscy wyjęli parasole, to nikt nie widziałby sceny J)

I nagle dotarła do wszystkich informacja organizatorów : spektakl jest anulowany i przeniesiony na dzien nastepny. To był prawdziwy grzmot z ciemnego już nieba ! Poruszenie, rozczarowanie , zrozumienie …

A dla mnie przede wszystkim rozczarowanie, bo wiedziałam , że następnego dnia zostać na wieczór nie możemy. Kupno biletów było ryzykowne i dlatego kupiłam najtańsze jakie były, które i tak były drogie same w sobie.

Trzeba bowiem wiedzieć, iż kupując bilety na spektakle festiwalu w Orange kupuje się miejscówkę na dwa wieczory. Na naszych biletach było wyraźnie napisane : 2 sierpnia, a w razie niepogody, przeniesienie spektaklu na 3 sierpnia.

Jeśli pogoda jest ładna i spektakl 2 sierpnia odbywa się bez problemu, to 3-go nie ma nic. Ale jeśli , tak jak  się stało, pierwszy wieczór jest anulowany, to spektakl automatycznie przenosi się na wieczór dnia następnego. Dopiero jeśli ten drugi jest też anulowany, to można dostać zwrot za bilety.

Kupowałam bilety wiedząc jakie są warunki sprzedaży i ryzyko znałam… Tym razem przepadło : « Otello » est tombé à l’eau i to w sensie doslownym.

  Tomber à l’eau = wpaść do wody (po polsku « nici z czegoś »)

W strugach deszczu, z przerwą na drinka w pobliskim barze, wróciliśmy w końcu do hotelu.

W ten oto sposób skończyła się moja tegoroczna przygoda z festiwalem Chorégies d’Orange. Roberta Alagni tym razem nie zobaczyłam.


Obiecaliśmy sobie wrócić w przyszłym roku na « Carmen » i zrobić wszystko, żeby mieć na wszelki wypadek w zanadrzu wolny ten drugi wieczór, bo latem burze o okolicach Orange nie są niestety wyjątkiem.

Przyszło mi cos takiego do głowy JJ
Orange = burza

W ten oto sposób zakończył się pierwszy dzień naszego sierpniowego weekendu w Prowansji ….









5 komentarzy:

  1. Musisz sobie załatwić "zaklinacza burz"...;o)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rzeczywiście ta nazwa nie wróżyła dobrze ;) Przykro mi, że w tym roku nie wyszło! Ale przynajmniej była okazja, żeby przesiąknąć atmosferą... dosłownie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ryzyk-fizyk… może w przyszłym roku uda się mi lepiej wszystko zorganizować :)

      Usuń
  3. No to faktycznie przeżyliście niezłą przygodę. No cóż przyroda, natura, pogoda ma nad nami władzę. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń