czwartek, 25 lutego 2016

"Panie na Mogadorze" - pierwszy obejrzany przeze mnie serial francuski


W lutym piszemy w ramach akcji "W 80 blogów dookoła świata" o serialach. W moim przypadku dotyczy to seriali francuskich. Jest ich sporo, więc wybór był bardzo trudny. Był on o tyle trudniejszy, że od dobrych paru lat nie mam czasu ani zbytniej ochoty na spędzanie czasu przed telewizorem.

Muszę więc przyznać, że pisanie o współczesnych serialach nie bardzo mnie inspirowalo, bo ani ich nie znam od A do Z, ani nie oceniam zbyt pozytywnie tych, które udało mi się przypadkiem obejrzeć (logiczne, bo gdybym trafiła na super-serial, to obejrzałabym wszystkie odcinki, a tak ostatnimi laty nie było).


Kiedyś, czyli dawno, dawno temu, gdy uczyłam się francuskiego będąc już we Francji, oglądałam i seriale. Na ogół były to jednak dubbingowane seriale kryminalne, idealne do nauki języka. Pamiętam nudny jak flaki z olejem  serial niemiecki o Inspektorze Derricku, który był wspaniałym materiałem do nauki języka. Na początku akcja była powolna, później nie nabierała tempa, aż w końcu zwalniała jeszcze ku końcowi. Na dodatek od początku widz wiedział kto kogo zabił, więc można było skupić się na formie wypowiedzi. Do tego spokojne, wyważone dialogi i pauzy w oczekiwaniu na odpowiedzi... Po prostu coś genialnego dla kogos uczącego się języka.

Jeśli nie wiecie jak wyglądać może staroświecki
 (nawet już wówczas) niemiecki serial kryminalny
 z francuskim dubbingiem, to proszę bardzo,
 podaje tu link do jednego z odcinków. 
Inspektor Derrick to ten pan po lewej.


Gdybym wówczas uczyła się francuskiego z seriali francuskich (a byłam samoukiem i internet jeszcze nie istniał), to szybko zaczęłabym rwać sobie włosy z głowy, bo Francuzi mówią szybko w rzeczywistości, a jeszcze szybciej na filmach :)


No, ale nie będę przecież wam tu opisywać niemieckiego serialu, choć w nauce był mi pomocny.

Postanowiłam więc napisać o kostiumowym serialu "Panie na Mogadorze" (Les gens de Mogador) oglądanym w dzieciństwie w polskiej telewizji czasów epoki gierkowskiej. Wprawdzie była to koprodukcja francusko-belgijsko-szwajcarsko-niemiecka, ale zaliczam go do seriali francuskich jako, że akcja dzieje się we Francji :)

Od lewej: Ludivine, Julia, Dominique

Nie pamiętam oczywiście szczegółów, ale serial ten utkwil mi na lata w pamięci. Spośród francuskich seriali, był to chyba pierwszy przeze mnie obejrzany w całości. 

Po pierwsze był to serial "dla dorosłych", więc musiałam być grzeczna i  nie rzucać się w oczy, żeby nie wylądować w łóżku po dobranocce :) Na kolejny odcinek czekało się cały tydzień i wszyscy dorośli rozmawiali o tym co było w ostatnim odcinku i co może sie wydarzyć w następnym. W szkole też się o tym rozmawiało, bo to oznaczało, że jest się już wystarczająco "dorosłym", żeby oglądać TAKIE filmy.

A dlaczego mowa była o TAKIM filmie? Oczywiście chodziło o kostiumy, zakazaną miłość, ucieczkę i dalsze przygody bohaterów i ich potomków.

Tytułowa posiadłość Mogador znajdowała się na południu Francji, a najbliższe miasteczka nazywały się Tarascon, Avinion, Arles. Moje dziecięce wyobrażenia o południu Francji opierały się przez lata na pejzażach obejrzanych w tym właśnie serialu.

Natomiast nazwa Tarascon stała się na tyle symbolem południa w mej pamięci, że kilka lat temu będąc w pobliżu prawdziwego Tarascon, zboczyłam specjalnie, aby pojechać je odwiedzić.  W Awinionie i w Arles też oczywiście byłam, ale to i tak miałam w planach zwiedzania.

"Panie na Mogadorze" to serial  kostiumowy, który przenosi nas do połowy XIX wieku. Odwieczny kłopot kochanków dwóch wrogich rodzin jest punktem wyjścia do napisania wspaniałej sagi ciągnącej się przez niemalże sto lat. Nie są to dosłownie Romeo i Julia, tylko porywczy syn bonapartysty zakochujący się w młodej córce monarchisty, ale motyw zakazanego owocu jest obecny od początku. Tyle tylko, że w serialu wszystko kończy się dobrze, bo kochankowie wygrywają i ostatecznie udaje im się pobrać pomimo zamknięcia krnąbrnej córki w klasztornej pensji dla dziewcząt.

Na tym mogłaby się cała historia zakończyć, gdyby nie była to saga rodzinna. Ślub dwojga kochających się do szaleństwa Rodoplpha i Julii jest bowiem początkiem sagi, a nie końcem historii miłosnej.


Możecie obejrzeć cały serial w oryginale na YouTubie 



Serial powstał na podstawie trylogii "Les Gens de Mogador" (dosłownie: Ludzie z Mogadoru). 
Napisała ją mieszkająca w Awinionie Elisabeth Barbier (1911-1996). 

Pierwsza  została ukazała się druga (chronologicznie) część trylogii "Ludivine". Autorka napisała ją po śmierci ukochanego męża, jako swoiste "lekarstwo" na żałobę, zachęcona przez przyjaciółkę. 

Gdy zostawiła gruby rękopis w młodym wówczas wydawnictwie paryskim René Juilliard, nie liczyła na szybka odpowiedź. Tymczasem wydawca przeczytał jej utwór w jedną noc i zadzwonił następnego dnia proponując jej natychmiastowy powrót do Paryża i podpisanie kontraktu. 

"Ludivine" ukazała się w 1947 roku. Kilka lat później ( 1952) autorka opublikowała pierwszą część sagi "Julia", a po kolejnych kilku ostatnią "Dominique" (1961)

Trzy imiona kobiece prowansalskiej rodziny, trzy różne kobiety, które na swój sposób walczyły o prawo do miłości i wolności osobistej. W tle zaś historia duża i mała, wielkie wydarzenia historyczne i opisy balów oraz winobrań w majątku Mogador. 

Piękny film kostiumowy. Serial pełen wątków pobocznych. Aby zorientować się w gąszczu postaci na początku książki umieszczono drzewo genealogiczne rodziny Vernet i Angellier. 



W moim posiadaniu jest wydanie trzech powieści w jednym tomie. W sumie 1622 stron małego tekstu na cieniutkim papierze. Jeśli lubicie Prowansję i znacie dobrze francuski, to zachęcam do lektury tej wspaniałej sagi. 

Wiem, że sam serial był wielokrotnie wyświetlany w Polsce i to nawet całkiem niedawno. Natomiast nie znalazłam śladu polskiego wydania tego utworu w wersji książkowej.
Może nikt go jeszcze nie przetłumaczył?


Moje wydanie z 2003 roku.
Trzy powieści w jednym tomie.

*****



Jeśli pragniecie poznać wpisy innych uczestników lutowej akcji Blogerów Językowych i Kulturowych "W 80 blogów dookoła świata", to zapraszam do skonsultowania poniższych linków:



AUSTRIA

CHINY
Biały Mały Tajfun - Chińskie seriale

FINLANDIA


FRANCJA

Français mon amour - Francuskie seriale

GRUZJA
Gruzja okiem nieobiektywnym - Tiflisi-serial o Gruzinach dla Gruzinów

KIRGISTAN

NIEMCY
Językowy Precel - Najlepsze niemieckie seriale

STANY ZJEDNOCZONE

Angielski C2 - Sheldon i seks
Papuga z Ameryki - Język angielski dla każdego - Amerykańskie seriale godne polecenia

TANZANIA/KENIA

TURCJA
Turcja okiem nieobiektywnym - Fenomen tureckiego serialu

12 komentarzy:

  1. Uwielbiam filmy kostiumowe! Na seriale nie bardzo mam czas, ale dobrze oddane realia innych epok zawsze mnie fascynują. Bardzo fajny wpis!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obejrzalam ostatnio fragmenty ponownie i nadal przyjemnie popatrzec. Poza tym sporo mozna sie dowiedziec o mentalnosci ludzi z poludniowej Francji, o roli kobiety i nadal czuc ten klimat prowansalski:)

      Usuń
  2. W epoce gierkoweskiej nie było mnie jeszcze na świecie, ale gdybym była, też pewnie oglądałabym to z wypiekami na twarzy, bo jako dziecko po prostu uwielbiałam wszystko, co związane z XIX wiekiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko jest dzielem przypadku, podobno parokrotnie puszczano ten serial po roku 2000 na roznych polskich... Jest jeszcze jeden fajny , w podobnym stylu krotki serial "Le Château des Oliviers". Wyswietlono go w 1993 i pamietam, ze tez calkiem dobre robil wrazenie:)

      Usuń
  3. Wygląda na to, że muszę nadrobić zaległości ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Opis brzmi całkiem interesująco! Fajnie, że całość można znaleźć na Youtube :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za jednym zamachem trudno go obejrzec, ale podzielone na kilka czesci umili wieczory przy rozowym winie z Prowansji:)

      Usuń
  5. Po Twoim opisie stwierdzam, że to jeden z lepszych kandydatów na obejrzenie ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Och, uwielbiam kostiumowe! Szkoda tylko, że mój francuski już od lat praktycznie nie istnieje...

    OdpowiedzUsuń
  7. To takie francuskie "Przeminęło z wiatrem" tylko duuugie?

    OdpowiedzUsuń
  8. Ta ksiazka przypomina mi troche trylogie brytyjskiej pisarki Philippy Gregory: "Wideacre". Tyle, ze to nie do konca saga rodzinna, a raczej historia trzech kobiet - babki, matki oraz wnuczki. Tyle, ze akurat z tej trylogii, wedlug mnie tylko pierwsza czesc jest dobrze napisana i warta polecenia. Dwie pozostale sa naciagane i bez polotu, a bohaterki raczej wkurzaja niz wzbudzaja sympatie. ;)

    OdpowiedzUsuń