wtorek, 11 czerwca 2013

Brocante na mojej brukselskiej ulicy, czyli czerwcowe wydarzenie roku


    Skoro już napisałam o największym, codziennym  Pchlim Targu w Brukseli, to muszę też wspomnieć o dorocznym wydarzeniu w mojej brukselskiej dzielnicy Woluwe-Saint-Lambert, to znaczy  o "brocante George Henri", czyli wyprzedaży ulicznej (bo trudno to nazwać wyprzedażą garażową z amerykańska skoro żadnego otwartego garażu tam nie było...:)

     Avenue (Aleja) Georges Henri to moja brukselska ulica, która liczy sobie chyba ponad pięćset numerów, więc jest dłuuuugaśna. Raz do roku organizowana jest brocante, czyli wyprzedaż staroci. Na ogół ma to miejsce w czerwcu. W tym roku środkowa część alei Georges Henri została zamknięta dla ruchu przez całą niedzielę. Autobusy miały objazdy, a mieszkańcy i zawodowi handlarze opanowali kilkaset metrów asfaltu i chodników po obu stronach.

    Wszystkie sklepy pozostały otwarte, a niektóre nawet wyległy na zewnątrz sprzedając kiełbaski, frytki, małże, ostrygi... wszytko do skonsumowania na miejscu. To był dobry dzień dla handlowców na naszej ulicy:)

   Całe masy niedzielnych spacerowiczów przesuwały się dostojnie. A z nimi ja z mymi synami ... równie dostojnie. No ale iść "nie-dostojnie" po prostu się nie dało, bo takie były tłumy.

Pół godziny nam zajęło przebicie się przez tę środkową część ulicy ze stoiskami.
Dla ciekawostki dodam, że wracając spotkałam znajomego Belga z rodziną, który zakupił na wyprzedaży kilka staroświeckich zabawek dla dziecka.  Dodam, że pan ten posiada kilka, jak nie kilkanaście milionów pod postacią połowy górnej części ulicy. Po prostu jest rentierem i żyje z wynajmu mieszkań. Co nie oznacza, że nie ma ochoty cieszyć się jak każdy inny mieszkaniec Brukseli, że kupił coś na brocante... To mi się u rdzennych brukselczykow bardzo podoba. Nie zadzierają nosa, woda sodowa im do głowy nie uderza. Są po prostu dyskretni i nie oceniają innych po wyglądzie. Jeżdżą zwykłymi samochodami, ubierają się jak wszyscy i nie chwalą się urlopem, nawet jeśli był to rejs jachtem dookoła świata:)




















Była też atrakcja dla dzieciaków: super gigant skakanka !

Surówka, tatar zwany tu "amerykaninem" i frytki, czyli typowe zestawy
belgijskie przypadły w udziale moim chłopcom

Ja sobie "poszalałam" zamawiając porcję frytek.
 Były pyszne, ale porcja ogromna... nie dałam rady jej skończyć

17 komentarzy:

  1. Super: vivant et animé; as tu acheté des objets ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No :) C'était juste une promenade :)

      Usuń
  2. swietne zdjęcia, ale ja i tak moja uwaga skupiła sie na ostatnich zdjęciach :)
    pozdrawiam i zapraszam :)
    pierwiasteksmaku.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trudno jest zrobić jakikolwiek wpis bez zdjęć jedzenia :) Przynajmniej w mim przypadku :)

      Usuń
  3. Stoiska z ksiazkami - to bylby moj zywiol! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój też, dlatego obeszłam je z daleka :) Inaczej wróciłabym znów z kilkoma egzemplarzami, a w domu miejsca coraz mniej i są już cale stosy książek czekających na przeczytanie :)

      Usuń
  4. Rozśmieszył mnie ten "tatar" zwany amerykaninem bowiem wiadomo, że żaden Amerykanin nie weźmie za nic na świecie do ust surowego mięsa. U mnie na rue de Courcelles też jest co roku wspaniały pchli targ, ale w tym roku nie załapałam się, byłam we Wrocławiu. Nadrobię pewnie w przyszłym roku. I generalnie "chiner" jest bardzo modne, zwłaszcza w eleganckich dzielnicach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tatar-amerykanin jest całkiem dobry w smaku :) Ciekawe jaka jest pierwsza reakcja amerykańskich turystów, gdy przyjeżdżają do Belgii :)))?

      Usuń
  5. fajnie ujęłaś atmosferę .. przez chwilę 'sklepy' na kocykach i prześcieradłach przypomniały my Calle Florida w Buenos Aires .. ale tam jest tak codziennie :^)

    fajnie taki gigantyczny 'garage sale' .. i choć Amerykanie nazywają frytki 'French Fries' to wiadomo, że są one z Belgi :^)

    serdeczne pozdrowienia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To właśnie ta specyficzna atmosfera jest w takich wyprzedażach najfajniejsza:)

      Usuń
    2. Przepraszam, że się wtrącę. Ale Piotr przypomniał mi Florydę w BsAs i mu przytakuję :) Faktycznie, wygląda podobnie i tak samo tłoczno ;)
      O.

      Usuń
    3. Obieżyświatko ale fajnie, że i Tobię się przypomniały zakupy z 'kocyka'.. mnie tam bardzo podratowali Ci kocykowi sprzedawcy na Calle Florida a to dlatego, że tylko oni mieli adaptery do wtyczek do gniazdek, które działały i w Argentynie i Chile (to, że oni mają inne wtyczki to nie przypadek te dwa kraje choć tak kulturowo bliskie za sobą nie przepadają :^) )
      a i od 'kocykowych' wynegocjowałem lepszą cenę (zawsze się trzeba targować) za bilet na przedstawienie tango w teatrze Piazzoli .. tzn myślałem, że mnie nie wpuszczą bo ja w ubraniu z gór a tu jacyś faceci w smokingach a damy na szpilkach .. ale mnie gdzieś 'ukryli' przy stole z tyłu :^))
      słoneczne pozdrowienia :^)

      Usuń
  6. NIektóre rzeczy patrząc na zdjęcia są warte skupienia. Podobają mi się bardzo te kieliszki do wina :))))) Uwielbiam porcelanę a frytki bomba. Dostałam głodu :D
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie tez dwie, trzy rzeczy wpadły w oko, ale niestety nie miałabym z nimi co zrobić, wiec powstrzymałam swe zapędy:)

      Usuń
  7. Mnie się podoba taka tradycja, która obejmuje i bogatych i biednych ;)
    Pochodziłabym sobie również po brocante.
    Pozdrawiam Niko!
    O.

    OdpowiedzUsuń
  8. BOnsoir et bien j'aime aussi ces endroits et je vois tant de choses
    Je peux passer et manger aussi une frites
    rire
    Passe une belle soirée

    OdpowiedzUsuń
  9. Och, chciałabym znaleźć się kiedyś na takiej wyprzedaży:)

    OdpowiedzUsuń