Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albères. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Albères. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 grudnia 2014

Pierwszy śnieg...

Po świątecznym rejsie w regionie Bordeaux pozostały już tylko miłe wspomnienia. Sam powrót do domu niebo zlało porządnie deszczowymi łzami. Dziś za to w pewnych miejscach w  Pirenejach Wschodnich wiało w porywach do 120 km/hm i deszczu nie było wcale.

Żeby więc poczuć trochę prawdziwej zimy, wybraliśmy się w pasmo gór Albères, gdzie wczoraj spadł śnieg. Albères mamy o pól godziny drogi (pasmo na granicy z Hiszpanią tuż nad Morzem Śródziemnym), więc nie była to jakaś wielka wyprawa, ale zima jest tam jak najprawdziwsza...



Wiem, że aktualnie śnieg spadł w prawie całej Europie, więc żadna to nowość, ale ja ciągle jakoś jeżdżę do miejsc bez śniegu i ta dzisiejsza wycieczka była dla mnie ogromną frajdą.









W schronisku-oberży na Przełęczy Ouillat można się ogrzać, pożywić i napatrzeć na piękne panoramy gór dookola. Tym razem zrezygnowaliśmy z wysiadywania na tarasie ... :)
























W górach słońce pokazywało się momentami, ale przez większość czasu poruszaliśmy się w gęstej chmurze... 


Dopiero na równinie wyjechaliśmy ponownie na słońce i poczułam się jakbym wracała z ferii zimowych :)


****

Inne wpisy o Albères:

Kasztany -  KLIK TU

Policzki wieprzowe i górskie pejzaże - KLIK TU

8 marca na Przełęczy Ouillat - KLIK TU


niedziela, 10 marca 2013

8 marca na przełęczy Ouillat

8 marca - mimoza kwitnie w Roussillon na każdym kroku
     O przełęczy Ouillat w Alberès (część Pirenejów "wpadająca" do Morza Śródziemnego) wspominałam już na blogu dwukrotnie.
To tam zbieralismy jesienią jadalne kasztany.
Tam też pojechaliśmy oglądać w grudniu górskie pejzaże.

    Klimat w pasmie Alberes jest wiosną dość kapryśny. Otóż np 2 marca spadło 40 cm śniegu (przedtem nie było go), a już dwa dni później wszytko stopniało.
      8-go marca wybraliśmy się do schroniska na obiad, by w ten sposób uczcić jakos Dzień Kobiet (ja zamówiłam oczywiście pieczone policzki wieprzowe :)

Dostałam od znajomej A.M. zdjęcia z tego smego miejsca zrobione tuż po opadach śniegu, więc zamieszczę je tu dla porównania.
A.M. juz kilkukrotnie udostępniała mi swe zdjęcia do publikacji (aby je obejrzeć, kliknij na etykietę fot.A.M.)

Schronisko na przełęczy Ouillat 2 marca (fot.A.M.)

To samo schronisko sześć dni później, czyli 8 marca


Droga obok schroniska 2-go marca (fot.A.M.)

Ta sama droga 8 marca





Tu zima "pełną gębą"... 2 marca (fot.A.M.)





.... a tu trzeba porządnie naszukać się
 resztek śniegu (8 marca).

Góra zaczęła się "pocić" ... ożyły wyschnięte strumienie , pojawiły się nowe....



Strumień powstały z topniejących śniegów


Góra płacze strumieniami...


Malutkie strumyki "rosną w oczach"

Okno w  niebie

Spacerujące sobie samopas krowy z fermy
 w połowie drogi do schroniska
Ta zaś krówka opalając się podziwiała piękne widoki...

*****



poniedziałek, 10 grudnia 2012

Policzki wieprzowe i górskie pejzaże


         Mój piątkowy lot do domu na południu był spóźniony „tylko” o dwie godziny i na dodatek na miejscu padał silny deszcz. Wszystko to spowodowało, że zamiast położyć się grzecznie o pierwszej w nocy, zasnęliśmy dopiero o pól do czwartej.
          O ile późne pójście spać mnie nie przeraża i nie wpływa na normalny tryb wstawania następnego dnia, o tyle pól do czwartej nie spływa już po mnie jak po gęsi, kaczce ani żadnym innym śliskim ptactwie. Szczególnie po całym intensywnym tygodniu w pracy.

         Dlatego też sobotę spędziłam w trybie "wywczasów".  To znaczy, że wstałam nieco tylko później, ale za to zaliczyłam sjestę.
           W niedzielę była piękna słoneczna pogoda i postanowiliśmy pojechać w nasze pobliskie „górki” Albères (to tam gdzie w listopadzie zbieraliśmy kasztany).  Liczyliśmy na na spacer i na zjedzenie czegoś w ramach niedzielnego obiadu w schronisku na przełęczy, skąd roztaczają się wspaniale widoki.

       Pogoda choć chłodna kusiła do wyjścia. Ośnieżony szczyt Canigou (w dalszej części Pirenejów) wyglądał pięknie i dostojnie w miarę jak wjeżdżaliśmy coraz wyżej.

Z tle ośnieżony szczyt Canigou

        Tym razem nie wjeżdżaliśmy od strony północnych stoków, lecz od strony Perthus, miasteczka na granicy francusko-hiszpańskiej, której tak naprawdę to już nie ma.
Jadąc od strony Perpignan i Le Boulou należy skręcić w lewo tuz przed Perthus. Potem kierunek na Saint-Jean de l'Albère.

         Kierunkowskaz uprzedza, że czeka nas 13 km krętych dróg.  Na moje szczęście  zbocza Albères są silnie zalesione i nie muszę się kurczowo łapać za siedzenie z samochodzie, gdy kręta droga wspina się coraz wyżej i wyżej (ciągle ten lęk wysokości).




         Jest to las bardzo bogaty, bo rosną tam dęby korkowe (Quercus suber po łacinie).
To z nich zdejmuje się raz na jakieś 10 lat grubą warstwę kory z podłożem korkowym (obumarła część), z której produkowane są prawdziwe korki do butelek.
Wraz z wprowadzeniem do użytku sztucznych (tańszych) korków do butelkowania wina, przemysł „korkowy” nieco podupadł. Niemniej jednak lasy w tej okolicy wyglądają na nadal eksploatowane, bo widać okorowane pnie drzew. Dęby te potrafią żyć do 250 lat i są bardzo odporne na pożary.
Dąb korkowy po okorowaniu

          W drodze do schroniska mijamy staroświecką oberżę Can Joan, gdzie zasadniczo można zamówić jeden zestaw pięciodaniowy z winami do spożycia bez ograniczeń. Miejsce jest bardzo staroświeckie i sympatyczne, ale stolik należy tam rezerwować kilka dni wcześniej. Najlepiej wybrać się w gronie przyjaciół i spędzić więcej czasu. Serwowane dania należą do prostej kuchni lokalnej z Roussillon. Większość produktów to również produkty lokalne. No i oczywiście wina jak najbardziej lokalne. J 
        Byliśmy tam już kilkakrotnie i nigdy jeszcze nie udało mi się zjeść wszystkich pięciu dań. Kiedy ostatnio tam byliśmy cena wynosiła - o ile dobrze pamiętam -  25 euro od osoby. Tym razem minęliśmy tylko oberżę po drodze i kontynuowaliśmy dalej naszą podroż. W pewnym momencie minęliśmy kierunkowskaz i zjazd na boczną drogę do klasztoru, w którym zakonnice hodują psy na sprzedaż, owczarki pirenejskie. Może kiedyś znajdę czas by tam pojechać, bo widziany z daleka klasztor wyglądał bardzo interesująco.

     Po drodze zatrzymywaliśmy się kilkukrotnie, żeby zrobić zdjęcia. Widać było z daleka np. Fort Bellegarde położony powyżej doliny, gdzie znajduje się owa graniczna miejscowość Perthus. Miejsce to było bardzo ważne dla obrony granic Francji. Fort jest dziełem sławetnego architekta Ludwika XIV, markiza Vauban'a i od 2008 roku znajduje się wraz z jedenastoma innymi fortami Vauban'a , na liście Unesco.

Fort Bellegarde 

Widok w stronę Hiszpanii

Autostrada z Perpignan do Barcelony tuz przed
miejscowością Perthus,
w tle ośnieżony szczyt Canigou



Dotarliśmy w końcu na Przełęcz Ouillat, gdzie znajduje się schronisko. 




Niestety miejsc nie było, bo zawitała do nich jakaś grupa rajdowcow , miłośników starych „cytrynek” (Citroen 2CV).  


Rajd miłośników starych samochodów "na popasie"

     Nie mieliśmy czasu ani ochoty by czekać aż się pożywią (byli dopiero przy przystawkach), więc popodziwialiśmy sobie raz jeszcze widoki i dowiedziawszy się, że na kolację sylwestrową też nie ma już miejsc (!), wyruszyliśmy na hiszpańską stronę w poszukiwaniu „galtes de porc” , czyli policzków wieprzowych, specjału katalońskiego. To znaczy, może to i specjał ogólnie hiszpański, a nie tylko kataloński, jakoś nie interesowałam się tym wcześniej. W każdym razie we Francji tego się raczej nie jada, a w Katalonii jak najbardziej.

        Taki policzek wieprzowy to kawałek delikatnego mięsa na płaskiej kości ( najpewniej policzkowej J). Jest on obsmażony  i uduszony w cebuli z jarzynami i podawany z frytkami, grzybami itd. Rozpływa się wręcz w ustach. Przy tym jest to jedno z tańszych dan w restauracjach, gdyż uznawane za danie proste i niewykwintne. W niektórych restauracjach podają w porcji dwa policzki, ale jak dla mnie jeden to wystarczająco dużo.

Zdecydowalismy się pojechać parę kilometrów dalej aż prawie do Figueras, gdzie – jak wieść gminna niesie – najlepsze "galtes de porc" podają w restauracji „Sancho Panza”.

Menu (jak widać restauracja będzie
niedługo obchodzić 50-ciolecie)


Adres restauracji i telefon (bez kierunkowych :)
na torebce z cukrem



        Na szczęście w Hiszpanii jada się późno, wiêc zdążyliśmy spokojnie zjeść mimo późnego już popołudnia.
           Wieść gminna miała racje, bo „policzki”były wyśmienite. 



       Zresztą typowo katalońska przystawka, chleb z eskalivade, również nam smakowała (na zimno, pieczone/smażone cebula, papryka, bakłażan z filetami marynowanych anchois).





      Na tym nasza krótka wycieczka musiała się zakończyć, bo niedziela trwa krótko, a ja przecież musiałam jeszcze zacząć wracać do pracy w mej północnej arkadii. 

Piszę ten tekst już w drodze i mam nadzieję go wrzucić na blog jak najszybciej.


niedziela, 4 listopada 2012

Wyprawa po kasztany

Nie wiadomo kiedy dotarłam do polowy mego długo wyczekiwanego jesiennego urlopu. Najpierw musiałam odrobić zaległości w spaniu, potem naszła mnie wena na gotowanie. Do tego 1 listopada i związane z tym wizyty na cmentarzach. Dopiero od przedwczoraj zaczęłam mieć naprawdę wrażenie, ze jestem na urlopie.
Inna sprawa, ze dopiero od 1-go listopada poprawiła się pogoda, bo przedtem była wichura, a po niej ulewne deszcze (u nas dokładnie 106 mm w ciągu jedne doby, ponoć najwięcej w całym departamencie).
Dziś dopiero popołudniu zachmurzyło się na nowo i zaczęło padać, choć prawdę mówiąc,  tak trochę bez przekonania.
Zanim jednak pogoda się popsuła wybraliśmy się na wyprawę po kasztany (jadalne). Miejsce odkryłam przypadkiem w zeszłym roku, wiec wiedziałam dokąd mamy się udać.
Zaopatrzyłam się w spory koszyk i ruszyliśmy w góry. Tzn takie małe góry, do szczytów alpejskich im daleko. Jest to graniczny łańcuch górski Albères należący do Pirenejów. To właśnie w tej części Pireneje "wpadają" do Morza Śródziemnego.

Po drodze natrafiliśmy na pasące się na leśnych zboczach krowy. Pewnie maja jakieś oznakowanie, bo niby jak potem taki właściciel ma udowodnić która krowa do niego należy, skoro łażą sobie gdzie chcą.

Dzików dziś nie spotkaliśmy, ale znajomi nam mówili, ze po francuskiej stronie jest ich w tym roku wyjątkowo dużo. Ogromny pożar zniszczył tego lata wiele hektarów lasów po hiszpańskiej stronie i dziki nie maja tam wiele pożywienia, wiec wyemigrowały "za żołędziami, kasztanami itp" na francuska, ocalałą stronę gór.

Dzikie kasztany w Albères

Pierwsze kasztanowce były już "wyzbierane", ale po następnych 400 m trafiliśmy na prawdziwy wysyp i szybo napełniliśmy koszyk. Tyle ze w połowie koszyka zaczęło już padać, wiec zaczęliśmy wrzucać kasztany także w "koszulkach", żeby szybciej szło.
Oto nasze zbiory:

W przyszłym roku chyba zabiorę dwa koszyki :)

Potem już tylko szybko wróciliśmy do samochodu i po jakiejś godzinie kasztany gotowały się w wodzie z dzikim koprem. Gdyby nie deszcz, to upieklibyśmy je na specjalnej patelni z dziurkami (mamy po przodkach), ale z powodu deszczu nie było wyboru.
Przed ugotowaniem ponacinałam kasztany, dziki czemu można je było potem jeść wyciskając ze skórki jak przy jedzeniu polskiego bobu.

Były prze-smaczne....