Są takie miejsca, do których chcemy pojechać Czasem trzeba poczekać parę lat (albo i kilkadziesiąt) zanim w końcu bdzie to mozliwe.
W moim przypadku takim miejscem przez lata
była Czarna Hańcza. Oczywiście nie jest to jedna wioska czy miejscowość, lecz
licząca sobie 142 km rzeka, w tym 108 w Polsce.
Rodzice mojego taty mieszkali w Augustowie, więc jeździliśmy tam częściej niż w inne regiony Polski.
Jako nastolatka bardzo chciałam pojechać na
spływ kajakowy Czarną Hańczą. Okolice były piękne, no i sam spływ wydawał
mi się czymś super romantycznym.
Niestety rodzice, a szczególnie mama, nie
podzielali mych chęci i spływ (jakikolwiek) pozostał w strefie marzeń przez
lata. Jednak przyszedł taki moment, że dzieci mi podrosły i postanowiłam im
pokazać prawdziwe obozowanie. Takie ze spaniem pod namiotem i kiełbaskami przy
ognisku. Tego nie znali z Francji, bo wakacje spędzaliśmy tam na ogół zupełnie
inaczej.
![]() |
Na górze rozdzielanie kajaków i instruktaż. Na dole nasz ratownik już w kajaku, |
Zabrałam ich więc na mój wymarzony spływ Czarną Hańczą.
No, ale mając tylko 10 dni na wyjazd (łącznie z dolotem z Paryża) postanowiłam
zarezerwować grupowy spływ zorganizowany i pod opieką dwojga ratowników. Czułam się w
ten sposób bezpieczniej, bo młodszy syn miał wówczas 9 lat. No i przede
wszystkim zależało mi by poznali polskich rówieśników, a w grupie były rodziny z calej Polski. Z zagranicy była oprócz nas jedynie para Polaków z Irlandii.
Ruszylismy więc z namiotami, śpiworami,
gumowymi butami i rękawiczkami jak na rower, na podbój Czarnej Hańczy.
Na szczęście opłacona formuła spływu obejmowała
również śniadania i obiado-kolacje u lokalnych gospodarzy. Za każdym razem
rozbijaliśmy bowiem namioty na polu namiotowym lub u gospodarza.
Dzięki organizatorom już pierwszego dnia przepłynęliśmy ładny kawałek i pod wieczór byliśmy na obozowisku tuż nad rzeką.
Komary owszem też były, ale to nie one były
uciążliwe. Największym zaskoczeniem,
szczególnie dla mych chłopaków, okazała się bowiem sławojka. I to silnie
« odurzająca » zapachami.
Moje wychuchane dzieciaczki zobaczyły i
poczuły coś takiego po raz pierwszy w życiu… No cóż, było to przeżycie i dla
mnie równie niezapomniane, choć widziałam sławojkę już któryś raz w życiu.
Pierwsze dwa wieczory młodzi chodzili od
siebie na odległość, a mieliśmy w grupie, o ile pamiętam, tak z 10 nastolatków plus moj 9-latek, jeszcze nie-nastolatek.
Ktos miał gitarę, było ognisko, dorośli
zaczęli się poznawać.. ani się nie obejrzeliśmy jak młodzi zaprzyjaźnili się i
opowiadali sobie godzinami różne rzeczy…
O to właśnie mi chodziło, by moi
synowie mogli ćwiczyć swój polski wśród młodzieży, a nie tylko ze mną czy
najbliższą rodziną w Warszawie.
Z tego punktu widzenia był to niesamowicie
udany wyjazd i polecam wszystkim mieszkającym za granicą, których dzieci mają ponad 7-8 lat.
Każdego dnia wiosłowaliśmy po 12 do 20
kilometrów. Naszą « karawanę »
prowadził ratownik, a na końcu płynęła ratowniczka.
Czarna Hancza okazała się rzeczywiście przepiękną rzeką,
wijącą się malowniczo pośród Puszczy Augustowskiej. W górnym biegu było dość
płytko i zdarzały się nawet «przenoski». Wiecie co to jest
przenoska ? Trzeba wyjść z kajaka i przenieść go ponad płycizną lub
zwalonym do rzeki drzewem (bo to rezerwat przyrody i nikt takich drzew nie
usuwa). Silniejsi pomagali słabszym, jakoś daliśmy radę, choć muszę przyznać, że pierwsze dni pozwoliły mi odkryć kilka nowych (bolesnych) bicepsów, których
istnienia nie podejrzewałam.
Za to nogi w kajaku sobie odpoczywały, więc
gdy koło 15-ej lub 16-ej dopływaliśmy na nowe miejsce noclegowe, gdzie czekały już na
nas przewiezione przez organizatora bagaże i namioty, skakaliśmy żwawo na ląd i
ruszaliśmy do rozbijania obozowiska.
Następnie szliśmy do gospodarza na obiad. Było nas ponad 20 osób, więc czasem był to posiłek w dużej oborze J
Nasza składająca się z mieszczuchów grupa
była zachwycona.
Po posiłku mieliśmy czas wolny do
zmierzchu. Czasem wybieraliśmy się do wiejskiego
Wiejski sklepik |
sklepiku po kiełbaski na
ognisko, czasem czytaliśmy lub po prostu rozmawialiśmy. Byli też wśród nas
wędkarze, ale nie przypominam sobie, żeby ktoś złowił jakąś rybę. Niekiedy parę osób wybierało się do okolicznego gospodarza posiadającego saunę, którą
udostępniał za opłatą.
Wieczorem wszyscy zbierali się wokół ogniska, gitara i gardła ciężko pracowały robiąc jedynie przerwy na kiełbaski pieczone na kiju.
Tydzień minął bardzo szybko. Była Czarna Hańcza, był Kanał Augustowski i kilka śluz.
Każda śluza była dla nas wydarzeniem dnia.
Po tygodniu przyszedł jednak moment rozstania. Szkoda nam było wyjeżdżać. Grupa była tak ze sobą zżyta, we rok później pojechaliśmy razem na spływ Rospudą, a dwa lata później Krutynią. Z niektórymi jesteśmy w kontakcie do tej pory.
Jednakże we wszystkich spływów to ten Czarną Hańczą był najwspanialszy i dlatego gdy Klub Polki Na Obczyźnie zainicjował letni projekt, serię wpisów o naszych ulubionych miejscach w Polsce, zgłosiłam sie wiedząc od razu, że napiszę właśnie o Czarnej Hańczy.
Mam nadzieję, że spodobała wam się Czarna Hańcza i zachęciłam was do spływów kajakowych.
Jeśli tak, to poniżej możecie obejrzeć kilka zdjęć więcej.
Tyl główki mego 9-cio letniego wówczas synka oglądałam przez cały tydzień, bo płynęliśmy dwójką, a on jako lżejszy siedział z przodu. |
Na koniec jeszcze tylko mapa tamtych okolic i link do firmy CAMPA, która świetnie nam organizowała spływy po Czarnej Hańczy (i Rospudzie rok później tez).
![]() |
Źródło |