Czekoladowe Mikołaje królują na
wystawach belgijskich cukierni
(fot. Nika Vigo)
Wpis ten publikuję w dniu Mikołajek, które już chyba na zawsze będą mi się kojarzyły z loteriami klasowymi.
Tak naprawdę to nie były wcale loterie, tylko coś jak współczesne Secret Santa. Na jakiś tydzień lub dwa przed 6 grudnia wychowawczyni zarządzała losowanie. Wybierała jednego ucznia do przygotowania losów z naszymi imionami i nazwiskami. A może to przewodniczący klasy je robił? Nie pamiętam. A tak swoją drogą, czy w polskich szkołach są nadal przewodniczący klas? Może teraz to się jakoś inaczej nazywa? Chyba będę musiała zapytać się moich bratanków, którzy jeszcze do szkol uczęszczają, bo inaczej ta kwestia będzie mnie podświadomie męczyć.
No więc do jakiejś torebki foliowej wrzucaliśmy losy i potem ów przewodniczący chodził wzdłuż rzędów, a każdy z nas losował kogoś do obdarowania. Pani też brała udział w tym losowaniu. Na szczęście nigdy mi się "nie trafiła", bo nie wiedziałabym chyba co jej podarować.
Fajnie było wylosować lubianą koleżankę, bo jakoś łatwiej było potem kupić jakiś drobiazg. Najgorzej jak się trafił chłopak, a zupełna katastrofa jeśli był to nielubiany chłopak, np. specjalista od tak zwanych końskich zalotów.
Czerwiec w Klubie Polki na Obczyźnie, to takie trochę wspominkowe wpisy o tym, jak na przestrzeni lat zmieniało się nasze postrzeganie kraju, w którym mieszkamy. W zasadzie mogłabym napisać podobne wpisy o czterech krajach europejskich. Dwa pierwsze należą już jednak do przeszłości. Pozostało mi więc napisać o Francji i o Belgii.
Postanowiłam jednak nie pisać o Francji, bo za bardzo zżyłam się z tym krajem od 27 lat i moje postrzeganie jest zupelnie zafałszowane emocjami i przywiązaniem. Nie jest to kraj mi obojętny, ani nie jest obcy i spędziłam tam więcej lat niż we własnej Ojczyźnie.
Natomiast Belgia bardziej mi tu podchodzi do tego tematu, bo pracuję tu (i siłą rzeczy mieszkam też jedną nogą) od ponad siedmiu lat, więc i najlepiej jeszcze pamiętam co tych parę lat temu o Belgii myślałam.
Nie wiem czy takich miejsc w moim życiu
jest tylko pięć , ale tylko pięć tych naj- naj- najważniejszych dziś opiszę, choć
mam kłopot z określeniem priorytetów. Zakładam więc , że każde z nich jest ważne
i opiszę wam je w kolejności alfabetycznej.
Bruksela, Grand Place nocą
Bruksela
Zaczynać od Brukseli to trochę jak zaczynać
od końca, ale skoro ma być alfabetycznie, to zacznijmy od Brukseli.
Jaki jest pierwszy smok, który przychodzi wam do glowy? Pewnie tak jak i mnie Smok Wawelski. W każdym kraju czy regionie musi być jakaś legenda o smoku. Tak już się utarło, że trzeba czymś straszyć dzieci, a taki smok jest chyba straszniejszy nawet od czarownicy.
Logo Święta Babau w Rivesaltes
W Pirenejach Wschodnich, w krainie zwanej Roussillon też straszono dzieci smokiem. Miał on na imię Babau (wymawiane dokładnie tak samo "babau") i nie pożerał niewinnych dziewic jak to gdzie indziej bywało, lecz porywał i zjadał małe dzieci.
Nawet w naszych czasach babcie w Roussillon straszą dzieci porwaniem przez Babau, gdy te nie są grzeczne.
Szalony pomysł powstał i zaistniał. Jak zobaczycie na zdjęciach, projekty Klubu Polki na Obczyznie przestały być jedynie wirtualne i przybrały konkretną, papierową formę książki - kalendarza.
Czy po ćwierćwieczu mieszkania w jakimś kraju można się do czegoś jeszcze nadal przyzwyczajać?
Wpis ten powstał w ramach jesiennego projektu Klubu Polki na Obczyźnie, a jego temat wybrany był dawno temu i stąd może wydawać się nieco "frywolny" biorąc pod uwagę wydarzenia ostatnich listopadowych dni.
Temat brzmiał dokladnie: "Do czego nigdy się nie przyzwyczaję w kraju zamieszkania?"
Musiałam go jednak nieco zmodyfikować, bo po tylu latach w zasadzie nie ma wielu rzeczy, do których bym się nie przyzwyczaila.
Dlatego postanowilam przypomniec sobie do czego kiedyś musialam się stopniowo przyzwyczajać A skoro pamiętam to tak długo, to znaczy że było to dla mnie wówczas zaskoczeniem.
Są takie miejsca, do których chcemy pojechać Czasem trzeba poczekać parę lat (albo i kilkadziesiąt) zanim w końcu bdzie to mozliwe.
W moim przypadku takim miejscem przez lata
była Czarna Hańcza. Oczywiście nie jest to jedna wioska czy miejscowość, lecz
licząca sobie 142 km rzeka, w tym 108 w Polsce.
Rodzice mojego taty mieszkali w Augustowie, więc jeździliśmy tam częściej niż w inne regiony Polski.
Jako nastolatka bardzo chciałam pojechać na
spływ kajakowy Czarną Hańczą. Okolice były piękne, no i sam spływ wydawał
mi się czymś super romantycznym.
Niestety rodzice, a szczególnie mama, nie
podzielali mych chęci i spływ (jakikolwiek) pozostał w strefie marzeń przez
lata. Jednak przyszedł taki moment, że dzieci mi podrosły i postanowiłam im
pokazać prawdziwe obozowanie. Takie ze spaniem pod namiotem i kiełbaskami przy
ognisku. Tego nie znali z Francji, bo wakacje spędzaliśmy tam na ogół zupełnie
inaczej.
Na górze rozdzielanie kajaków i instruktaż.
Na dole nasz ratownik już w kajaku,
Zabrałam ich więc na mój wymarzony spływ Czarną Hańczą.
No, ale mając tylko 10 dni na wyjazd (łącznie z dolotem z Paryża) postanowiłam
zarezerwować grupowy spływ zorganizowany i pod opieką dwojga ratowników. Czułam się w
ten sposób bezpieczniej, bo młodszy syn miał wówczas 9 lat. No i przede
wszystkim zależało mi by poznali polskich rówieśników, a w grupie były rodziny z calej Polski. Z zagranicy była oprócz nas jedynie para Polaków z Irlandii.
Ruszylismy więc z namiotami, śpiworami,
gumowymi butami i rękawiczkami jak na rower, na podbój Czarnej Hańczy.
Na szczęście opłacona formuła spływu obejmowała
również śniadania i obiado-kolacje u lokalnych gospodarzy. Za każdym razem
rozbijaliśmy bowiem namioty na polu namiotowym lub u gospodarza.
Dzięki organizatorom już pierwszego dnia przepłynęliśmy ładny kawałek i pod wieczór byliśmy na obozowisku tuż nad rzeką.
Komary owszem też były, ale to nie one były
uciążliwe.Największym zaskoczeniem,
szczególnie dla mych chłopaków, okazała się bowiem sławojka. I to silnie
« odurzająca » zapachami.
Na zdjęciu sławojki na którymś z kolei postoju
Moje wychuchane dzieciaczki zobaczyły i
poczuły coś takiego po raz pierwszy w życiu… No cóż, było to przeżycie i dla
mnie równie niezapomniane, choć widziałam sławojkę już któryś raz w życiu.
Pierwsze dwa wieczory młodzi chodzili od
siebie na odległość, a mieliśmy w grupie, o ile pamiętam, tak z 10 nastolatków plus moj 9-latek, jeszcze nie-nastolatek.
Ktos miał gitarę, było ognisko, dorośli
zaczęli się poznawać.. ani się nie obejrzeliśmy jak młodzi zaprzyjaźnili się i
opowiadali sobie godzinami różne rzeczy…
O to właśnie mi chodziło, by moi
synowie mogli ćwiczyć swój polski wśród młodzieży, a nie tylko ze mną czy
najbliższą rodziną w Warszawie.
Z tego punktu widzenia był to niesamowicie
udany wyjazd i polecam wszystkim mieszkającym za granicą, których dzieci mają ponad 7-8 lat.
Każdego dnia wiosłowaliśmy po 12 do 20
kilometrów. Naszą « karawanę »prowadził ratownik, a na końcu płynęła ratowniczka.
Czarna Hancza okazała się rzeczywiście przepiękną rzeką,
wijącą się malowniczo pośród Puszczy Augustowskiej. W górnym biegu było dość
płytko i zdarzały się nawet «przenoski». Wiecie co to jest
przenoska ? Trzeba wyjść z kajaka i przenieść go ponad płycizną lub
zwalonym do rzeki drzewem (bo to rezerwat przyrody i nikt takich drzew nie
usuwa). Silniejsi pomagali słabszym, jakoś daliśmy radę, choć muszę przyznać, że pierwsze dni pozwoliły mi odkryć kilka nowych (bolesnych) bicepsów, których
istnienia nie podejrzewałam.
Za to nogi w kajaku sobie odpoczywały, więc
gdy koło 15-ej lub 16-ej dopływaliśmy na nowe miejsce noclegowe, gdzie czekały już na
nas przewiezione przez organizatora bagaże i namioty, skakaliśmy żwawo na ląd i
ruszaliśmy do rozbijania obozowiska.
Następnie szliśmy do gospodarza na obiad. Było nas ponad 20 osób, więc czasem był to posiłek w dużej oborze J
Nasza składająca się z mieszczuchów grupa
była zachwycona.
Na górze jedna z naszych "stołówek"
Po posiłku mieliśmy czas wolny do
zmierzchu. Czasem wybieraliśmy się do wiejskiego
Wiejski sklepik
sklepiku po kiełbaski na
ognisko, czasem czytaliśmy lub po prostu rozmawialiśmy. Byli też wśród nas
wędkarze, ale nie przypominam sobie, żeby ktoś złowił jakąś rybę. Niekiedy parę osób wybierało się do okolicznego gospodarza posiadającego saunę, którą
udostępniał za opłatą.
Wieczorem wszyscy zbierali się wokół ogniska, gitara i gardła ciężko pracowały robiąc jedynie przerwy na kiełbaski pieczone na kiju.
Tydzień minął bardzo szybko. Była Czarna Hańcza, był Kanał Augustowski i kilka śluz.
Każda śluza była dla nas wydarzeniem dnia.
Po tygodniu przyszedł jednak moment rozstania. Szkoda nam było wyjeżdżać. Grupa była tak ze sobą zżyta, we rok później pojechaliśmy razem na spływ Rospudą, a dwa lata później Krutynią. Z niektórymi jesteśmy w kontakcie do tej pory.
Jednakże we wszystkich spływów to ten Czarną Hańczą był najwspanialszy i dlatego gdy Klub Polki Na Obczyźnie zainicjował letni projekt, serię wpisów o naszych ulubionych miejscach w Polsce, zgłosiłam sie wiedząc od razu, że napiszę właśnie o Czarnej Hańczy.
Mam nadzieję, że spodobała wam się Czarna Hańcza i zachęciłam was do spływów kajakowych.
Jeśli tak, to poniżej możecie obejrzeć kilka zdjęć więcej.
Tyl główki mego 9-cio letniego wówczas synka oglądałam przez cały tydzień, bo płynęliśmy dwójką, a on jako lżejszy siedział z przodu.
Przez cały tydzień byliśmy na terenie rezerwatu przyrody, czyli w strefie ciszy. Jakim szokiem był powrót do cywilizacji gdy na ostatnim odcinku spływy trzeba było przepłynąć przez jezioro pełne motorówek i skuterów wodnych.
Na koniec jeszcze tylko mapa tamtych okolic i link do firmy CAMPA, która świetnie nam organizowała spływy po Czarnej Hańczy (i Rospudzie rok później tez).
Po wpisie poświęconym pięciu "francuskim" ciekawostkom, przyszła pora (przypadkowo) na wpis o mych pięciu ulubionych miejscach we Francji.
Pięć ulubionych miejsc, to projekt majowo-czerwcowy Klubu Polki na Obczyźnie. Przez prawie dwa miesiące, każdego dnia jedna osoba publikuje na swym blogu wpis o pięciu ulubionych miejscach w kraju, w którym mieszka.
Link do FB Klubu gdzie zapowiadane sa wpisy znajdziecie TUTAJ.
Ulubionych miejsc we Francji mam doprawdy wiele. Po 25 latach mieszkania w tym kraju nie jest to niczym specjalnym. Ulubione zmieniały się na przestrzeni czasu, ale ponieważ wiele z nich odwiedzałam w czasie, gdy nie posiadałam jeszcze bloga, więc i zdjec mam mniej postanowiłam wybrać te, w których bywam często lub przynajmniej byłam od czasu gdy zostałam blogerką.
Collioure
Miejscem, które mnie facynuje od pierwszej wizyty jest małe, klimatyczne miasteczko na Morzem Śródziemnym w departamencie Pirenejow Wschodnich w regionie Languedoc-Roussillon, czyli Collioure.
Miejsce to upodobali sobie szczególnie fowisci i od tamtej pory nadal przebywa tam i mieszka wielu artystów i to nie tylko francuskich.
Do tego zamek, pobliski fort Saint Elme, stare miasto i port. Nocne procesje zakapturzonych pokutników przed Wielkanocą, sztuczne ognie na 15 sierpnia i na Sylwestra, koncerty, festyny, knajpki z owocami morza i kafejki z lodami...
Jeśli będziecie kiedyś w tamtych okolicach, to doprawdy warto zajrzeć do Collioure, nawet jeśli w sezonie trudno o miejsce na parkingu :)
Drugim miejscem, które pokochałam od pierwszego wejrzenia, jest Teatr Antyczny w Orange w departamencie Vaucluse w regione Province-Alpes-Côte d'Azur.
Gdy pomyślę ile lat temu odbywały się tam już spektakle, to doprawdy coś mnie w gardle ściska.
Na dodatek każdego lata odbywa się tam festiwal, a poza tym okresem inne imprezy i koncerty.
Bardzo chciałabym pojechać tam na jakiś festiwalowy spektakl. W zeszłym roku byłam już na miejscu i miałam bilet , ale ..... przeczytajcie pierwszy z poniższych linków, by się dowiedzieć dlaczego moje marzenie ciągle pozostaje niespełnione.
Pisząc "marzenie" mam na myśli obejrzenie spektaklu na miejscu, bo sam teatr zwiedzałam już parokrotnie gdy tylko była okazja.
To po prostu magiczne miejsce.
Zresztą i miasteczko jest bardzo miłe i takie.... prowansalskie :)
Jeśli lubicie francuskie sery , to być może spotkaliście się z nazwą Rocamadour w odniesieniu do małego okrągłego serka koziego cabécou de rocamadour.
Jadłam takie niezbyt dojrzałe (moje ulubione) prosto od farmera... Mówię wam , po prostu niebo w gębie :)
Jednak miejscowość Rocamadour w departamencie Lot w regionie Midi-Pyrénées słynie przede wszystkim z przepięknie położonego Sanktuarium Czarnej Madonny.
Czarna Madonna słynie z cudownej mocy uzdrawiania chorych, więc oprócz turystów zauroczonych przepięknym położeniem wioski i Sanktuarium, przybywają tam codziennie całe autokary pielgrzymów.
Czy sezon, czy nie, Rocamadour jest pełne ludzi. Ja jednak chciałam koniecznie pobyć tam w spokoju i po prostu pospacerować sobie stromymi ścieżkami na zboczu gory. Przyjechaliśmy więc na miejsce pod koniec dnia, gdy autokary zaczęły się powoli zbierać do odjazdu.
Nocleg znalazłam dzięki aplikacji na smartfonie w samym centrum wioski (tylko samochód trzeba zostawić dużo dalej) i zostaliśmy tam na kolację i "szwendanie się" do późnej nocy. Rano ponowny spacer, ale z godziny na godzinę tłumy zaczynają ponownie brać wioskę szturmem...
Pomimo tych tłumów w dzień, pobyć w takim miejscu wieczorem i rankiem to niesamowity czar i urok. Wspaniałe wspomnienie.
Nocleg na miejscu choćby przez jedną noc zmienia całkowicie spojrzenie na to oblegane miejsce.
Chętnie tam wrócę.
(Nie wiem jak to sie stało, ale o Rocamadour nigdy na blogu nie pisałam choć byłam tam już po rozpoczęciu blogowania ... do nadrobienia:)
Paris - rue Montorgeuil
Kolejność opisywanych przeze mnie miejsc nie odzwierciedla jakiegoś rankingu, bo każde jest inne.
Są jednak dwa miejsca w Paryżu, o których chciałabym wam napisać. To ostatnie miejsce jest oczywiste, ale to czwarte moze juz niekoniecznie.
Jesli chcecie poczuc atmosfere Paryza sprzed epoki supermarketow i galerii handlowych, to koniecznie podjedzcie na ulice Montorgueil, ktora ciagnie sie z polnocy na poludnie od dzielnicy Bonne Nouvelle po Les Halles (czyli dzielnice 1 i 2). Ma ona prawie 400 m i pelno tam sklepikow, kafejek i knajpek.
No i koniecznie zajrzyjcie do cukierni Stohrera, zalozonej przez cukiernika naszego Stanislawa Leszczyńskiego, któremu to przypisuje się wymyślenie znanego ciastka baba au rhum.
To i wiele innych typowo francuskich ciastek czeka tam na was każdego dnia. Spróbujcie choć jednego i pospacerujcie sobie po ulicy Montorgueil bez pośpiechu, dostrzegając stare fasady, szyldy. Siądźcie potem na tarasie którejś z kafejek choćby na kawę, co dam wam prawo do niemalże bezterminowego siedzenia przy stoliku i obserwowania "życia po parysku".
Kiedyś pracowałam przez prawie 5 lat niedaleko stamtąd i bardzo lubiłam chodzić tam podczas przerwy obiadowej. Może stąd te wszystkie miłe wspomnienia za każdym razem gdy tamtędy przechodzę ?
(Jakoś tak się złożyło, ze o ulicy tej nigdy nie pisałam. Może wydawała mi się zbyt codzienna? Chyba również i to warto nadrobić :)? )
Paris - Pola Elizejskie
Ten wybór ulubionego miejsca chyba nikogo nie zdziwi. Owszem, to najpiękniejsza ulica świata, Pola Elizejskie (tu chyba mapka ie jest konieczna :)
Ilekroć mam czas i siłę, spaceruję nią kilometrami i za każdym razem odkrywam nowe jej oblicze.
Pola Elizejskie nie śpią nigdy. Nawet w środku nocy możecie tam utknąć w korku, jeśli wybierzecie się do miasta samochodem.
Każde sto metrów jest inne , a równocześnie całość jest spójna. Lubię tam chodzić do kina, czy do teatru. Lubię część koło Pałacu Elizejskiego i Grand Palais. Co trochę można dostrzec jakiś pomnik. Tu generał de Gaulle, a nieco dalej prezydent Clemenceau...
Myślę, że zwiedzanie Pól Elizejskich z przewodnikiem-historykiem mogłoby spokojnie zabrać ze dwa dni.
Nie wystarczy tylko przebiec się po sklepach i obfotografować perspektywę Pól i Łuk Triumfalny.
Dajcie sobie czas, pospacerujcie, usiądźcie na ławce lub na tarasie kafejki (jest i kilka "niedrogich " miejsc, "niedrogich" jak na Paryż" oczywiście :). Może nawet zjedzcie kolację z którejś z restauracji (są i prawie "normalne", a nie tylko Fouquet's).
Przede wszystkim nie dajcie sie porwac pedowi, zwolnijcie i rozgladajcie sie dookola.
Idźcie na Pola Elizejskie wcześnie rano np w niedzielę, albo w środku nocy. Zobaczycie, że bedą one zupełnie odmienne.
A jeśli chcecie je zobaczyć w niecodziennej szacie, to pojedźcie je zobaczyć w Sylwestra, podczas jarmarku bożonarodzeniowego, podczas defilady 14 lipca lub choćby podczas ceremonii 8 maja (zob. Kalendarium TU).
I gdy tak spojrzycie na różne oblicza Champs-Elysées, to nagle zorientujecie się, że usmiech nie opuszcza waszej twarzy, a wy sami nucicie piosenkę Joe Dassin'a :)
Jesteście bowiem wybrańcami losu : swobodnie, niespiesznie spacerujecie sobie w czasach pokoju po najpiękniejszej ulicy świata i jedyne na co warto uważać to ewentualni kieszonkowcy... (jak w każdym miejscu pełnym turystów :)