Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jedzenie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 listopada 2016

Castagnade, czyli pieczone kasztany wśród przyjaciół

   Wspominając kasztany w nawiązaniu do Francji większość Polaków myśli odruchowo : "najlepsze kasztany są na placu Pigalle". Przypomina się kapitan Kloss. Będąc dzieckiem, nie miałam nawet pojęcia, że można jeść kasztany, dlatego plac Pigalle wyobrażałam sobie otoczony pięknymi drzewami z kasztanami spadającymi pod stopy na jesieni.
   Kiedy już ktoś mnie uświadomił, że chodziło o pieczone kasztany sprzedawane przez ulicznych sprzedawców, to nadziwić się nie mogłam jak można jeść kasztany. Nawet kiedys próbowałam przekroić i zjeść zebrane w warszawskim parku kasztany, ale jakoś nie przypadły mi do gustu.

   Minęły lata i gdy pewnego dnia znalazłam się w Paryżu, postanowiłam oczywiście pojechać zobaczyć te kasztany na placu Pigalle. Oczywiście nie tylko nie rosły tam żadne drzewa kasztanowe, ale nawet sprzedawców z pieczonymi kasztanami nie było. Cóż za rozczarowanie !


Pieczony w domowych warunkach kasztan


   Po paru latach dane mi było przypadkiem spróbować kasztanów w lukrze (marron glacé). Potem spróbowałam kremu z kasztanów i nawet ciasta z mąki kasztanowej.

   Jednak dopiero gdy znalazłam się w naszej wiosce na południu Francji, w oko wpadła mi dziwna patelnia po przodkach pełna okrągłych dziur. To nie były dziury w starej patelni, lecz specjalnie zrobione otwory. Na moje pytanie po co komu dziurawa patelnia, usłyszałam zdumioną odpowiedź "No przecież do pieczenia kasztanów). 

  Gdy tylko nadeszła jesień mogłam posmakować pieczonych w takiej patelni kasztanów. Były przepyszne.

   My mamy swoje miejsce gdzie rosną dzikie kasztany jadalne, a pisałam o nich już w pierwszym miesiącu istnienia mego bloga (LINK TUTAJ).

   Ale jadalne kasztany są we Francji przede wszystkim uprawiane, bo ich spożycie jest bardzo duże. Połowa całej produkcji pochodzi z departamentu Ardèche, którego symbolem jest właśnie kasztan jadalny. 
   Kasztany można dostać we Francji wszędzie  i często kojarzą się z kasztanami sprzedawanymi na ulicy. Natomiast na południu Francji bardzo często używa się terminu "castagnade".  To coś jak grill ale z kasztanów. 

   I dziś właśnie byliśmy zaproszeni na takiego grilla z pieczeniem kasztanów na deser. 

   Najpierw był normalny posiłek z przystawką, mięsem z grilla, serami, a na deser przystąpiliśmy do pieczenia kasztanów w ogniu na trzech dziurawych patelniach specjalnie do tego celu przeznaczonych.

   Kładzie się kasztany na rozgrzaną patelnię i wkłada w płomienie ogniska. Co jakiś czas trzeba patelnię wyjąć i nia potrząsać, by kasztany piekły się równo.
Gdy tylko staną się czarne, okopcone wysypuje się je na gazetę i zawija je w nią na parę minut. 

   Następnie można się już zacząć nimi zajadać i zapewniam was, że są pełne aromatów i nieco słodkie. 

Coś przepysznego! A wy jedliście już kiedyś pieczone kasztany?

Zaimprowizowane ognisko i pierwsza patelnia już w ogniu



Z lewej kasztany dopiero co włożone do ogniska, z prawej już nieco opieczone

Trzy patelnie w ognisku. Ta z prawej włożona była najwcześniej. Jak widać kilka kasztanów wypadło do żaru podczas potrząsania patelnią.


Pieczone kasztany jeszcze przed obraniem

A oto dwa z nich już obrane:)




środa, 22 kwietnia 2015

Omlet wielkanocny w kuchni regionu Roussillon


Skoro już napisałam gdzie i jak można znaleźć dzikie szparagi (KLIK TU), to pora podać przepis na wielkanocny omlet po katalońsku, jaki jada się w niedzielę wielkanocną w Pirenejach Wschodnich (francuski departament 66) czyli w Roussillon.

Nie wiem czy podobny robią w Katalonii w Hiszpanii, ale u nas w Pirenejach Wschodnich gdy coś określa się mianem catalan, to chodzi bardziej o katalońskie korzenie regionu Roussillon, a nie koniecznie o coś co pochodzi z obecnej Katalonii w Hiszpanii. Dlatego w tytule tego wpisu piszę o kuchni Roussillon, choć czasem omlet ten określa się mianem wielkanocnego omletu po katalońsku (omlette pascale à la catalane).



Ja w każdym razie przygotowuję go według wskazówek mego małżonka, który widział jeszcze swą babcię - Katalonkę z Roussillon - przygotowującą go na każdą Wielkanoc.


Cóż więc będzie potrzebne na omlet dla 4 osób?

- młode cebulki (pęczek, czyli 4-5 zależnie od rozmiaru)
- 1 boudin catalan (to taka tutejsza "kaszanka bez kaszy", którą się kroi w plastry)
- 10 jajek
- 3 młode karczochy (sprzedawane w pęczkach nazywanych też czasem bukietami)
- ugotowane delikatne części dzikich szparagów (3-5 cm)
- ok 50-80g ventrèche*, czyli tutejszego boczku (suszony, solony i posypany na powierzchni  obficie pieprzem)
- trochę oliwy z oliwek


Młode cebulki obrać i pokroić

Boudin catalan, czyli tutejszą "kaszankę bez kaszy" możecie zastąpić polską kaszanką.
Nie będzie to dokładnie to samo, ale z braku laku :)

Jajka rozbełtać widelce. Lekko posolić i posypać świeżo zmielonym pieprzem



Młode karczochy obrać i pokroić w małe kawałki
O tym jak należy obrać i pokroić młode karczochy pisałam już kiedyś TUTAJ

Dzikie szaragi gotować kilka minut w osolonej wodzie. Powinny być dość miękkie, ale nie rozgotowane.
3-4 minuty wystarczą.
W wersji spolszczonej można użyć zielone szparagi hodowlane "mini" lub zielone normalne pokrojone

Ventrèche może być w wersji spolszczonej zastąpiony zwykłym boczkiem wędzonym




A więc zaczynamy :)




Wrzucamy na rozgrzaną patelnię w odrobiną oliwy. Najpierw cebulę, a następnie karczochy.
Lekko je rumienimy.

Dodajemy boczek. Następnie "kaszankę" (rumienimy jej plasterki z obu stron)

Z wierzchu nakładamy dzikie ugotowane szparagi i natychmiast je zalewamy jajkami.
Teraz następuje najtrudniejszy moment, bo gdy od spodu omlet się podsmaży, należy go delikatnie zsunąć na duży talerz.
Następnie przykrywamy talerz od góry patelnią i jak najszybciej obracamy tak, by patelnia znalazła się od dołu, a talerz od góry, co pozwala następnie podsmażyć stronę gdzie widoczne są szparagi.
Przed podaniem do stołu, powtarzamy operację z talerzem, tak by warstwa ze szparagami była widoczna od góry.




A oto efekt końcowy:) Porcja na 4 osoby

Po pokrojeniu widać dobrze  zarówno "kaszankę" jak i inne składniki.



Smacznego !





A oto kilka słówek i wyrażeń do zapamiętania 
dla osób uczących się języka francuskiego :



omlette pascale à la catalane - omlet wielkanocny po katalońsku
une poêle (f)- patelnia

un bouquet d'artichauts - pęczek karczochów (młodych)
oignons tendres  - młode cebulki (dosłownie "czułe", "delikatne")
un oeuf  jajko

faire dorer zrumienić
faire revenir dans la poêle - podsmażyć na patelni
battre les oeufs - rozbeltac jajka 

---------------------------------
*Ventrèche ou ventrêche est un terme francisé parfois absent des dictionnaires français (de l'occitan bentresca ou ventresca) utilisé dans le Midi de la France:





----------------------
Wpisy pokrewne: 


  • Kwiecień 2014 - sałatka z młodych karczochów KLIK TU
  • Kwiecień 2013 - sałatka z młodego bobu na ciepło KLIK TU
  • Kwiecien 2013 - bunyetes co to i jak je zrobić ? KLIK TU

czwartek, 22 sierpnia 2013

Na rybach, czyli poranna wyprawa nad rzekę Tech koło miasteczka Le Boulou

      Pobudkę mieliśmy dziś o szóstej rano :)

     Jeden ze znajomych w naszej Południowej Arkadii jest zapalonym wędkarzem i zaproponował, że zabierze moich chłopców (bratanka i syna) na ryby nad rzekę Tech (nieopodal miasteczka Le Boulou).
     Chłopcy trochę żartowali, że lepiej się w ogóle nie kłaść, niż tak wcześnie wstawać, ale jakoś dotarło do nich, że na ryby trzeba wcześnie wstać wyśpiwszy się jednak trochę :)
     No cóż, nastolatki maja to do siebie, że do skowronków raczej nie należą :)

     Rano punkt szósta obudziłam ich więc i już po parunastu minutach małżonek wyruszył z nimi ku domowi naszego  Wędkarskiego Instruktora.

    Po jakiejś godzinie wrócił sam (naturalnie małżonek, a nie Instruktor) , przygotowaliśmy piknik na śniadanie i ruszyliśmy do nich nad rzekę.


Poranki bywają różne, czasem góry lubią okryć się białą mgiełką :)
Tu widok na wpadające do Morza Śródziemnego pasmo pirenejskie Albères

Co minutę inny widok : tu Albères z prawej i słońce wschodzące nad morzem

Złote promienie słońca odbijają się w Morzu Śródziemnym ...

Lubię patrzeć na góry i ich różne odcienie szarości ...


Droga do naszych wędkarzy nie należy do najłatwiejszych.
Zwykły samochód tam nie dojedzie.
 Potrzebna terenówka (albo własne nogi)

Gdy do nich dotarliśmy, okazało się ze maja już sporo drobnych rybek na tzw. friture

Początek połowu

Nauka Cierpliwości (przez duże C)
Przynęta. Żywa :)
Na początku chłopcy brzydzili się TEGO dotknąć i Instruktor Wędkarski musiał im szykować każdy "kęs" przynęty.
  Z czasem jednak jeden, a nieco później i drugi, przemogli się i nawet żartowali   jaki kolor przynęty jest bardziej skuteczny

      Aż nagle zorientowaliśmy się , że kilka godzin minęło jak z bicza strzelił. 
    Między "śniadaniem na trawie" , łowieniem ryb ,  ich zdejmowaniem z haczyka (tu do końca młodzież odmówiła współpracy i już nawet ja sobie przypomniałam jak się to robi), i zakładaniem nowej przynęty, czas minął niepostrzeżenie i słońce świeciło coraz silniej. Pora więc była zakończyć ten pierwszy wypad na ryby naszych chłopców. 

A oto połów naszych młodych wędkarzy. Niestety jeśli chodzi o patroszenie ryb, to odmówili kategorycznie jakiejkolwiek współpracy, ryzykując nawet niedopuszczenie do degustacji gotowego produktu.
Nie miałam na kogo zrzucić, tego "miłego" obowiązku, bo małżonek solidaryzował sie z młodymi.
Przyszło mi więc wypatroszyć całość własnymi rękoma (no, w rękawiczkach oczywiście), czym zyskałam sobie ich szczery podziw (mam nadzieję) ...
Ja tego patroszenia też nie lubię, ale trudno, jakos wytrzymałam te próbę siły charakteru:)

Ta największa rybka to dziki karp rzeczny złowiony przez mojego syna, z czego był bardzo dumny:)

Smażenie "friture" w głębokim oleju poszło już błyskawicznie...




Błyskawicznie poszło też jedzenie usmażonych rybek z aïoli, w czym żaden z panów współpracy już nie odmawiał :)

Umówiliśmy się, że w przyszłym tygodniu chłopcy wybiorą się ponownie na naukę wędkowania z naszym Instruktorem Wędkarskim.
Tym razem będą próbowali złapać parę większych karpi rzecznych (dzikich, a nie hodowlanych).
--------------------
Niech żyje slow life :))), czyli żyjmy wolniej kiedy tylko się da.


poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Cuberdons,czyli tradycyjne łakocie belgijskie

Cuberdons…

   Jakoś nie mogłam zapamiętać nazwy tej typowej, tradycyjnej belgijskiej specjalności.
Już od dawna, a dokładniej od dwóch i pół roku, kiedy to zaczęłam pracować w Brukseli, słyszałam o słodyczach w kształcie stożka, wyrabianych przez nielicznych belgijskich cukierników. Jakoś nigdy nie miałam jednak okazji ich skosztować (muszę przyznać, że sklepy ze słodyczami i czekoladkami staram się omijać szerokim łukiem z przyczyn oczywistych :)). Inna sprawa, że nie można ich kupić byle gdzie, a jedynie w wybranych miejscach. A dlaczego? Przyczyny są według mnie głównie dwie: po pierwsze mało jest firm produkujących te łakocie, a druga to fakt, że nie można ich długo przechowywać. 
Normalnie proces produkcji cuberdons trwa około tygodnia, a spożyć je należy w ciągu maximum 8 tygodni.
   Cóż to takiego te cuberdons? Na wygląd jest to galaretka owocowa w kształcie stożków o wysokości około 2.5 cm. Wyrabiane są na bazie gumy arabskiej, cukru i naturalnych aromatów owocowych. Formy wysypuje się amidonem i wlany tam syrop zastyga w kształcie stożków. Im dłużej czekać, tym gęstsze robi się wnętrze.

   Dokładna receptura jest tajemnicą, do której dostęp ma grono nielicznych specjalistów cukierników. Podśmiewują się oni, że sposób wyrabiania cuberdons jest najbardziej strzeżonym sekretem Królestwa Belgii.


     Na nic mi się zdało omijanie szerokim łukiem sklepów ze słodyczami, bo niebezpieczeństwo nadeszło z najbardziej nieoczekiwanej strony. Po prostu jedna z prestiżowych firm, Cuberdons Leopold, sprzedaje swe tradycyjne produkty w…. księgarni. Są jak najbardziej ekologiczne  i proponują oni tylko jeden, tradycyjny smak malinowy.  Widząc je na półce w towarzystwie książek, pomyślałam, iż trochę wstyd spędzić dwa i pól roku w jakimś kraju i nie znać nawet smaku tradycyjnego wyrobu. To tak jakby jakiś obcokrajowiec mieszkał w Polsce dwa i pół roku i nigdy nie miał w ustach krówki-ciągutki…
Rozważywszy to wszystko, zdecydowałam więc , że zakupię próbkę czyli najmniejsze opakowanie i zawiozę ją małżonkowi. Oczywiście sama też przy tym ich skosztowałam.
     Smak jest owocowy, choć gdybym miała zgadywać, to pewnie bym myślała, że to raczej fiołki, a nie maliny :) Natomiast bardzo mi przypadła do gustu konsystencja. Lekka cukrowa skorupka, a w środku gęsty żel … Naprawdę świetne. Jak to dobrze, że nie da rady ich dużo zjeść. :) Są naprawdę bardzo słodkie.
No i teraz już przepadło! Będę chciała popróbować od czasu innego smaku. A jest ich ponad trzydzieści na rynku !!!





















    I pewnie zacznę je okazyjnie kupować w prezencie dla cudzoziemców (tzn. nie-Belgów :)), bo jest to wyrób naprawdę bardzo mało znany poza granicami tego kraju , choć w samej Belgii podobno od kilku lat jest coraz bardzie na topie i „trendy”:)
    Skąd się wzięła nazwa cuberdons? Znalazłam na ten temat kilka możliwych wyjaśnień.
Jako, że krąży legenda, iż recepturę opracował ponad 150 lat temu pewien kleryk mieszkający w okolicach Brugii, można by przyjąć wyjaśnienie o pochodzeniu nazwy od „conne de clergé” (stożek kleryka).
Inne wyjaśnienie odwołuje się do flamandzkiego słowa „kuper” (stożek). Ale co śmieszne, cuberdons, to nazwa francuska tego smakołyku, bo Flamandowie nazywają go „nozeke” (nosek)
Jeszcze inne wyjaśnienia odnoszą się do wyrażenia „cul de bourdon” (odwłok trzmiela).
   Jak widać wersji jest wiele.
   Gdy po raz pierwszy przeczytałam, że cuberdons robi się na bazie gumy arabskiej, przypomniał mi się od razu klej szkolny o tej właśnie nazwie :)  i trochę mnie to prawdę mówiąc zmroziło…. Zaczęłam więc szukać dodatkowych informacji, bo jakoś wierzyć mi się nie chciało, że to ta sama guma.
   No i okazuje się , że zastosowania gumy arabskiej mogą być różnorakie. Ta do wyrobu cuberdons jest sproszkowana i pochodzi z Afryki (90% produkcji to wydzielina akacji senegalskiej, ale można ją otrzymać z 900 gatunków drzew z rodziny akacjowatych rosnących głównie w Senegalu, Czadzie, Mali, krajach Magrebu, Egipcie i Sudanie).

  Guma arabska, czyli po łacinie Gummi arabicum lub Gummi Acaciae, jest wielocząsteczkowym węglowodanem wyszczególnionym w polskim urzędowym spisie dozwolonych substancji dodatkowych  (kod europejski to E414). Może ona być stosowana w przemyśle spożywczym bez ograniczeń. Nie ma szczególnego smaku i jest bezwonna. Rozpuszcza się w wodzie.
Służy np. do wyrobu drażetek czy słodyczy takich jak tureckie loukoums (typowe tureckie galaretki posypane cukrem pudrem). Jest też używana jako emulgator w przemyśle spożywczym.




   Podobno już nawet starożytni Egipcjanie używali gumy arabskiej do wyrobu kosmetyków i do …. mumifikacji! 

No, ta informacja przekonała mnie już ostatecznie o nieszkodliwości gumy arabskiej w spożyciu….
Wiadomo bowiem, ze mumie świetnie się przechowały, czyli guma arabska musiała im wyjść na zdrowie :)
   Dziś rano wracając z Paryża zajrzałam specjalnie na dworcu Midi do sklepu Belgique Gourmande (na szczęście był jeszcze zamknięty), i pstryknęłam zdjęcie, żeby móć pokazać, że istnieją inne kolory i smaki opisywanych tu couberdons.








-----------------------

Z informacji praktycznych : Cuberdons Leopold 10 sztuk w torebce kosztuje 10€95


-----------------------



A tu  filmik na youtube o tym jak się je przygotowuje ...

poniedziałek, 4 marca 2013

Calçotada, czyli wiosenny festyn grillowanych cebulek




Calçots (białe cebulki) przed upieczeniem.
Calçotada, to nazwa świątecznego, na ogół niedzielnego posiłku na świeżym, marcowym powietrzu. Na przystawkę zajada się calçots, czyli upieczone na grillu białe cebulki pochodzące z Katalonii, na danie główne zaś grillowane mięso i kiełbasę, na deser  crème catalane lub posypywane cukrem ciasto francuskie ze skwarkami (nie, to nie pomyłka, takie tam jadają).


Deser, czyli słodkie
 ciasto ze skwarkami
Najwięcej uwagi poświecę dziś owym calçots, bo to cebulki są  oczywiście gwoździem całego programu.

Na pierwszy rzut oka porównałabym je do miniaturowych porów (podobno to ta sama rodzina, czy grupa, niestety nie znam się dokładnie na botanicznej nomenklaturze).

Jak wieść gminna niesie cebulkę typu „calçot” odkrył czy wychodował- pod koniec XIX wieku pewien chłop z wioski Valls pod Tarragoną. Od tamtej pory specjalnie uprawia się je od listopada do kwietnia w celu grillowania na ogniu z drewna winorośli.

Pod koniec roku sieje się białą cebulę. Gdy nasiona wypuszczą korzonki i szczypiorek, należy je wyrwać i po jakimś czasie na nowo posadzić i zasypać ziemią do połowy wysokości. W miarę wzrostu należy je „calçar”, czyli obsypywać ziemią dookoła. W ten sposób otrzymuje się wydłużoną cebulkę podobną do pora, której podziemna  pozostaje biała i delikatna.

Słowo calçot ma podobne źródło co francuskie słowa „chaussure” (but) i „caleçon” (kalesony), bo wszystkie ponoć biorą się z łacińskiego słowa „calceare”. Być może, nie sprawdzałam w żadnych źródłach naukowych.

Na początku XX wieku „calçotada” była nazwą świątecznego posiłku rodzin z okolic wioski Valls, a potem z okolic Tarragony. Stopniowo zaczęto rozprzestrzeniać uprawę calçots na coraz większe terytorium Katalonii. 

Posiłki z grillowanymi cebulkami stały się pretekstami do wiosennych zjazdów rodzinnych i spotkań z przyjaciółmi. Oczywiście cebulki są zawsze tylko przystawką, a danie główne to grillowane mięsa.

Całe to wiosenne grillowanie musi koniecznie odbywać się na zewnątrz i profanacją byłoby użycie innego drewna niż z winorośli (gałązki lub stara, wyrwana winorośl).

Przygotowywanie grilla w drewna winorośli

Na takich kratkach grilluje się mięso i piecze cebulki

Oczywiście posiłek jest zakrapiany w Hiszpanii lokalnym czerwonym winem, a do deseru białym winem musującym typu cava produkcja, którego opiera się na podobnej recepturze co szampan.


Calçots zjada się na stojąco lub na siedząco, ale zawsze z serwetką lub dużym śliniakiem pod szyją.  Gorące upieczone cebulki są pakowane po tuzinie w papier gazetowy by utrzymać ciepło. Podawane są ze specjalnym sosem koloru pomarańczowego (salsa romesco).

Cebulkę łapiemy dwoma palcami u góry prawa ręką (praworęczni, a leworęczni lewą). Druga ręką należy uszczypnąć cebulkę u spodu i ściągnąć jej wierzchnie spalone warstwy. Ukazuje się biała delikatna część, którą należy umaczać w sosie i pomagając sobie kawałkiem chleba (na wypadek gdyby sos kapał) włożyć cebulkę do ust. Śliniak okazuje się tu wręcz niezbędny, bo i popiół i sos są wszędzie dookoła. Jedną cebulkę zjada się na 2-3 razy.

Od kilkunastu lat tę katalońską tradycję upowszechnia się również w Roussillon, gdzie do dziś niektórzy mówią jeszcze lokalną odmianą języka katalońskiego (nawet ulice w Perpignan i innych miejscowościach) maja podwójne nazewnictwo.
Z uzyskanych informacji wynika, że pierwsze takie festyny cebulkowe w Roussillon zaczęto organizować jakieś trzydzieści lat temu, ale dopiero od jakichś 15-17 lat stały się pretekstem do organizowania wiosennych imprez. I tak jak grudzień i styczeń kojarzy się w Roussillon z riffle (patrz wpis tu), tak w marcu wszelkie stowarzyszenia sportowe, kulturalne lub władze niektórych wiosek, organizują duże imprezy przypominające polskie festyny.  W naszej wiosce też będzie niedługo taka impreza, ale ja będę wtedy akurat w Polsce.

W ten pierwszy weekend marca miałam okazję jeść calçots aż dwa razy.  W sobotę po stronie hiszpańskiej w restauracji Troullas de Francis w malutkiej wiosce Boadella (restauracja sama w sobie zasługuje ona na osobny wpis), i w niedzielę na festynie „calçotada” Klubu Sportowego Rugby we francuskiej wiosce Toulouges koło Perpignan (przypominam, ze rugby jest tu sportem dużo bardziej popularnym niż piłka nożna).
Oczywiście wszystkie cebulki są importowane z Hiszpanii, bo we Francji nikt ich na razie nie uprawia i poza departamentem Pirenejów Wschodnich nikt o czymś takim nawet nie słyszał.

W restauracji calçots zostały podane na talerzu , a obok sos remesco.  Panował elegancki półmrok, więc zdjecia też są "elegancko półmroczne" :)


Talerz z calçots



Sos i obrana cebulka




Każdy klient dostał papierowy ogromny śliniak, i serwetkę, by oczyścić później czarne od popiołu palce (i tak nie obyło się bez wizyty w łazience, bo serwetka to za małoJ
Porcja na przystawkę, to 20 cebulek.

Śliniak z restauracji
Pobojowisko po zakończeniu degustacji


Były dobrze upieczone i ich jedzenie przy stole nakrytym białym obrusem okazało się prawdziwym sportem. Przepyszne! Sos do nich był koloru pomarańczowego i dość gęsty. Lekko pikantny. Nie wiedziałam jeszcze, że to typowy sos podawany właśnie do tych cebulek. (Calçots jadłam przedtem tylko raz w życiu na calçotadzie w naszej wiosce jakieś dwa lata temu, ale nie przypominam sobie żadnego sosu).

Natomiast niedzielna calçotada w Toulouges, to mimo chłodu impreza na ponad sto osób.  Wolontariusze z klubu rugby już od 7-ej rano pracowali przy rozpalaniu ognia, grillowaniu cebulek i pakowaniu ich po tuzinie w papier gazetowy. Mięso było grillowane w ostatniej chwili.

Już ponad tydzień wcześniej lokalna gazeta i radio powiadamiały gdzie można zakupić bilety na te calçotade (18€ od osoby dorosłej, zyski dla klubu sportowego). Przy wejściu na teren festynu wymieniało się zakupiony wcześniej bilet na cztery kupony : calçots, kotlet, kiełbasa, deser. 

Pierwszy kupon na cebulki juz nam zabrali,
 gdy zrobiłam zdjęcie trzech pozostałych




Oto mój zestaw (śliniak mam już
na sobie, wiec go nie widać)


Każdy dostawał torebkę foliową z zestawem do jedzenia : śliniak, plastikowe. talerz, kubek i sztućce, mini torebeczki z sola i pieprzem, serwetki papierowe i cieniutkie rękawiczki.

Barek

Grala już kapela trzech cygańskich gitarzystów, otwarty był barek z napojami (wino, piwo, kawa, pastis), a nieco dalej stały już stoły nakryte (na jakieś 150 osób)  papierowymi obrusami.

Takich stołów było osiem

Sam posiłek rozpoczął się przed pierwsza. Animator z klubu rugby pokazał wraz z dwoma seniorami z wioski jak prawidłowo należy obierać i zjadać calçots.




Następnie wszyscy zasiedli do stołów, założyli papierowe śliniaki i zabrali się do pałaszowania otrzymanych papierowych pakuneczków z gorącymi jeszcze cebulkami. Reporter lokalnej gazety wszystko fotografował, wiec ja tez sobie nie żałowałam i zrobiłam trochę zdjęć.  Szkoda, ze słonce ukryte było za chmurami, bo wszystko ładniej by na zdjęciach wyglądało. No ale słońce było w sobotę, a w niedziele już nie, bo zapowiadają deszcze.

Na festyn przybyły cale rodziny trzypokoleniowe

Cienkie rękawiczki gospodarcze może mało
 eleganckie, ale za to skuteczne

Porcja tuzina cebulek utrzymująca temperaturę
 w eleganckim opakowaniu z gazety

Do cebulek podano sos dokładnie taki sam jak w restauracji, wypytałam panią, która go przygotowała, jak się go robi i podam przepis  w osobnym wpisie, bo jest dość oryginalny i może się kiedyś przydać.

 ***

Calçotada to typowo wiejska rozrywka na wiosenny weekend...


Plac Republiki w Perpignan 2-go marca


... natomiast na placu Republiki w Perpignan mieszkańcy i turyści wylegli na taras aby nacieszyć się  promieniami wiosennego słońca.


***
PS. 5 marca - przepis na sos opublikowany w osobnym wpisie TU