 |
| Witajcie, nazywam się Myrtille :) |
Przedstawiam wam Myrtille, czyli naszą Jagódkę. To nasza kasztelanka i zezowate szczęście w domu (trudno patrzeć jej prosto w oczy :)
Dzika ta kotka pojawiła się nieśmiało zaglądając do okna naszej południowej Arkadii gdzieś latem 2009 roku. Była drobna, śliczna, zagłodzona i wylękniona.
Z zazdrością podglądała jak nasza czarna kotka Mimine wiodła luksusowe życie księżniczki. Podglądała nas coraz częściej i łapczywie zjadała wystawione jej na podwórko jedzenie. Po zjedzeniu zaraz jednak znikała wśród budynków gospodarczych.
Wśród innych kocich gości mieliśmy też dwoch "braci" : syjamski Poutou i rudy Martin. Poutou był już wówczas po sterylizacji, ale Martin zyskał sobie jakoś względy Myrtille :). Świadków nie było, ale zimą zauważyliśmy powiększony brzuszek naszej małej dzikuski.
Czasem ośmielała się już wtedy wejść do domu i zjeść coś przy otwartych drzwiach. Można ją było obserwować, ale wystarczył najmniejszy ruch i znikała błyskawicznie przerażona, że ktoś mógłby zamknąć drzwi i odciąć drogę odwrotu na wolność.
Pod koniec marca 2010, może 28 lub 29 marca, Myrtille powiła trzy kociątka w jednym z naszych budynków gospodarczych w jakiejś skrzynce z plastiku. Nazwaliśmy je Mona, Lisa i Clio.
Byłam po prostu zauroczona maciupeńkimi istotkami. Ja, mocno już dorosła kobieta, po raz pierwszy w życiu widziałam tak młode kotki. Obserwowałam je cierpliwie mówiąc do czujnej mamy czułe słówka i przysuwając sie coraz bardziej. Aż przyszedł moment, że pozwoliła mi wziąć jedną z córeczek do ręki. Potem drugą, aż w końcu i trzecią. Dwie były śliczne jak zabaweczki, takie rude i puszyste (stąd podejrzenie ojcostwa wobec Martin'a). Trzecia zaś była troszkę jak brzydkie kaczątko: czerniawa, ale nie czarna. Miała lekkie cętki, ale tygryska nie przypominała. Głaskałam ją najwięcej, jakbym chciała jej wynagrodzić, że nie jest tak śliczna jak siostry.
Po jakimś czasie udało nam się ulokować Myrtille (tak ją już wtedy nazywaliśmy) z córeczkami na strychu, gdzie nie groziły jej ataki wiejskich zazdrosnych kotów.
 |
| Myrtille wśród pudeł na strychu. |
 |
Pierwsze zabawy maluszków na strychu
|
 |
| ciągle jednak blisko mamy |
Strych stał się ich domem i bezpiecznym rajem na kilka tygodni. To tam maluchy odkrywały powoli świat. Tam pierwszy raz wdrapały sie na fotel i pierwszy raz z niego spadły na cztery łapy :) . Tam mama uczyła ich higieny, chodzenia do toalety i dobrego wychowania. Skąd taka dzika kotka to wszystko wiedziała? Może to po prostu instynkt, ale bardzo dobrze wiedziała jak być mamą. Już nie bała się, ze jej zabierzemy dzieci. Pozwalała nam je nawet brać na ręce, ale sama trzymała się nadal na uboczu.
 |
Kociaki zawsze z przyjemnością wylegują się na słonecznym strychu. Tutaj Mona i Lisa pod czujnym okiem mamy |
Z czasem maluchy zaczęły odkrywać szeroki świat, czyli podwórko. Szczególnie upodobały sobie miejsce strategiczne przy schodach z kuchni i z widokiem na dół, gdzie znajduje się taras w cieniu figowca.
I tak juz zostało, Myrtille i jej trzy kotki stały się pełnoprawnymi mieszkańcami naszego "mas" , czyli po prostu naszej południowej Arkadii.
 |
Na górnym pietrze kociego "balkonu" trzy maluchy: Mona, Lisa i Clio. Tu akurat mają ze trzy miesiące. Zaś na dolnym oczywiście mama, czyli Myrtille. |
Naturalnie gdy tylko udało nam się trochę oswoić dziką mamę, powstała kwestia sterylizacji. Podstępem mój Ślubny Rycerz zwabił ją do transportera i ruszył do pobliskiego miasteczka do umówionego weterynarza. Kotka była niespokojna, ale chyba pierwszy raz była u weterynarza, bo zapachy jej nie niepokoiły.
Ślubny Rycerz uprzedził lojalnie weterynarza, że kotka jest dzika i tylko on może ją jakoś utrzymać, więc może to lepiej właśnie on ją wyjmie w gabinecie.
Pewien siebie, doświadczony bądź co bądź, weterynarz odpowiedział tylko otwierając transporter: "Nie trzeba, wiem co robię".... Po czym zaczęło się...
Pamiętacie kreskówki, gdzie np kot ucieka przed psem i dosłownie chodzi po ścianach i suficie? Nasza Myrtille pokazała na co ją stać. Drzwi były zamknięte, więc uciec nie mogła, ale na biurku nie zostało nic (laptop spadł jakoś szczęśliwie na miękki fotel), na półce z lekarstwami robiła sobie zakręty (pielęgniarka układała potem dwa dni wszystkie lekarstwa), okno , podłoga, ściana, sufit....
Ręka, noga, mózg na ścianie :) No prawie...
Trwało to całą wieczność, czyli jakieś dwie minuty. Aż w końcu panika naszej Myrtille ustąpiła zmęczeniu, weterynarz zdołał ją złapać i dać zastrzyk uspokajający.
Czegoś takiego nawet on nie widział. Ciąg dalszy nie nastręczył już trudności. Weterynarz honorowo nie kazał płacić za szkody, ale do tej pory wspomina brawurowy występ naszej kotki przy każdej okazji. Myrtille była wtedy pierwszy i ostatni raz u weterynarza i na razie jest zdrowiusieńka, wiec może nieprędko zajdzie potrzeba ponownej wizyty.
Po zabiegu trochę się na nas boczyła, że jej taki numer wywinęliśmy, ale szczęście z powrotu do domu i do maluchów było tak widoczne w jej zachowaniu, ze przetrzymaliśmy pełni skruchy okres "boczenia się" młodej mamy.
Nazywamy ją kasztelanką, bo jest gosposią jak się patrzy. Pilnuje co się dzieje w domu i na podwórku. Rozpoznaje odgłosy swoich i obcych. Komunikuje nam sposobem zachowania gdy usłyszy coś nienormalnego.
Powoli nauczyła się też bawić jak mały kot. Chyba nikt się z nią nie bawił gdy była malutka. Nawet teraz, stateczna już mama, gra sobie czasem wieczorem np orzechem w piłkę nożną, tzn "piłkę łapną" i szaleje jak prawdziwy piłkarz na mistrzostwach świata.
Czeka zawsze na moment oglądania wiadomości w dzienniku. Najlepiej jak wesprzemy nogi na czymś, żeby ona mogła się na nich wyciągnąć. A gdy trafi się jakiś film, to już szczyt szczęścia i widać to po błogim rozluźnieniu całego ciała naszej Myrtille. Mamy wtedy na sobie z dwa i pół metra kociego szczęścia.
 |
Wylegiwanie się na kolanach to największe szczęście mamy i córeczek:) |
 |
Nasza kasztelanka na posterunku, pilnuje co tam się dzieje na ulicy |
 |
Rano Myrtille czyta poranną gazetę. Kawy nie pije bo twierdzi, że jej szkodzi na cerę :) Na tym zdjęciu chyba dobrze widać dlaczego nazywam ją zezowatym szczęściem :)? |
 |
Dziś nasz pieszczoch najbardziej lubi jak się ją drapie po główce. Ma wtedy taki błogi wyraz pyszczka :) Kiedy pomyślę, że trzy lata temu nie dała się nawet dotknąć? |
*****
Wpis ten jest prezentacją jednej z naszych
pięciu domowych kotek,
Cdn...