Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katalonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Katalonia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 27 grudnia 2016

Idź Pan/Pani do cholery! - wiecie gdzie jest ta Cholera?

   Ileż to razy słyszeliście zwrot "Idź Pan/Pani w cholerę!" albo "poszedł/poszła do cholery"? 

   No to przyznam się wam, że od paru lat wiem już gdzie jest to jest. Wiem gdzie jest ta Cholera, pisana Colera dla zmyłki:) 
   I nawet pojechałam tam w pierwszy dzień świąt.



Przypuszczać by można, że Cholera to jakieś straszne miejsce, jakby  przedsionek piekła, a tymczasem jest to miejscowość portowa , przedostatnia przed granicą francuską, gdy będziecie jechać na północ wzdłuż wybrzeża Katalonii na Costa Brava.








    Teraz zimą mało kogo można tam spotkać, bo hotele i restauracje są nieczynne, a letnie rezydencje zamknięte na trzy spusty. 
    Stałych mieszkańców tam niewielu.

Plaża w centrum wioski

Zimą Colera świeci pustkami

A już w pierwszy dzień świąt nikogo,
ale to zupełnie nikogo nie spotkaliśmy po drodze.
Wybiorę się tam jeszcze kiedyś latem, żebyście mogli zobaczyć,
że Cholera może być całkiem fajnym miejscem na ziemi :)

No to już wiecie dokąd się udać, gdy wam ktoś gniewnie powie  "A idź do cholery"
____________________
PS. Oczywiście potraktujcie ten tekst z przymrużeniem oka. O ile się orientuję, to nazwa Colera, jest nazwą własną i nie ma związku z hiszpańską nazwą choroby "cólera"(inna wymowa)

Natomiast cholera (nazwa choroby) po francusku to "cholera" wymawiana "kolera", a nazwę tej katalońskiej miejscowości w Hiszpanii wymawia się podobnie. Stąd moje skojarzenie, hi hi:))

Znacie jakieś inne śmieszne nazwy miejscowości zagranicznych, które nam kojarzą się z czymś zupełnie innym?

czwartek, 18 czerwca 2015

La Boqueria - najbardziej znane targowisko barcelońskie


 
 
Mercat de la Boqueria  to miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć odwiedzając
Barcelonę.  Zresztą uważam, że w każdym odwiedzanym mieście warto zajrzeć na jakieś targowisko. Na te najbardziej znane, ale i na takie "dla tubylców". Będąc w Barcelonie warto zacząć swe wizyty targowe od najbardziej znanego targowiska w samym centrum, tuż koło słynnej Rambla, nieopodal Opery (Gran Teatre el Liceu).
 


Sama hala targowa z 1840 roku, to dzieło znanego barcelońskiego architekta.
Był nim Josep Mas i Vila.
Tragowisko to nazywane jest również Targiem Świętego Józefa (Mercat de Sant Josep)
 
Zajrzyjcie tam koniecznie i spróbujcie owoców, soków czy nawet zjedzcie coś konkretnego na miejscu.
Oczywiście jest to miejsce znane wielu turystom i kilka tygodni temu na prośbę sprzedawców, grupy turystyczne mają wstęp wzbroniony w weekendy.
 
No, ale gdy jesteście sami i robicie zdjęcia dyskretnie i nie przeszkadzając kupującym, to doprawdy nikt wam nie zwróci uwagi.




I jak tu się oprzeć takim owocom?


Kupienie paru przypraw może być świetnym pomysłem
na prezent dla przyjaciół, rodziny czy też dla siebie samego...



Można też na miejscu spróbować przekąsek nazywanych tam pinxo catalan

Owoce morza i ryby to najciekawsze według mnie stoiska na tym targowisku.
Aż się ma ochotę coś kupić...
Następnym razem chyba zabiorę lodówkę turystyczną do samochodu
i zrobię sobie zakupy tuż przed powrotem do domu w Roussillon
(to tylko 170-180 km, więc powinny dojechać bez kłopotu...-



Suszone filety z dorsza...


I te różnorodne owoce morza :) Ach...





Szczypce jadalne pod różną postacią :)

Prześliczne rybki :)
(szczególnie ta na środkowym miejscu , nieprawdaż?)




Pysio nieco obrażony :)
 
Cargol - to po francusku petit gris, czyli ślimak jadalny. Jest on mniejszy od winniczka i bardzo smaczny.
W Katalonii przyrządza się je na wiele sposobów, np w sosie z nóżkami wieprzowymi.
 


A wy macie jakies ulubione targowiska
do polecenia?
( nie tylko w Barcelonie)
 

czwartek, 21 maja 2015

San Jordi po katalońsku, czyli dzień Świętego Jerzego (23/4) w Barcelonie


Dzień Świętego Jerzego (23/04) jest dniem bardzo szczególnym w Katalonii. Dwa lata temu pisałam już o tym jak starają się obchodzić to święto mieszkańcy regionu Roussillon na południu Francji, gdzie tradycje katalońskie są nadal bardzo żywe.
Ten wpis możecie przeczytać KLIKAJĄC TUTAJ.

I jeśli macie ochotę do niego zajrzeć, to radziłabym to zrobic już teraz.
Dlaczego? Odpowiedź jest dość prosta.
Obchody Sant Jordi (Święty Jerzy) w Barcelonie są tak wspaniałe, że te w Perpignan wypadają na ich tle dość blado. Dziś mam zamiar napisać o mej jednodniowej wizycie w Barcelonie specjalnie z okazji tego spektakularnego święta. Dlatego, jeśli zaczniecie od Barcelony, to potem Perpignan sprzed dwóch lat nie będzie już taką atrakcją :)

Wypad do Barcelony 23 kwietnia był spontaniczny. Nie było czasu na przygotowania , ale biorąc pod uwagę cel wizyty, nie były one aż tak niezbędne.
Celem było przejście się po miejscach, gdzie odbywały się kiermasze książkowe i spotkania autorskie. Chaciałam poczuć te odświętną atmosferę na własnej skórze, a konkretnie to raczej własnymi nogami. 



23 kwietnia wypadał w tym roku w czwartek. Samochodów na autostradzie z Francji nie było zbyt wiele. Dojazd do Placu Katalonii w centrum Barcelony też obył się bez korków.
Parking koło tego Placu nie jest najtańszy, ale przy tak krótkiej wizycie szkoda tracić czas na szukanie parkingu na peryferiach i dojazd do centrum metrem.




Pomimo wczesnego jeszcze przedpołudnia ludzi na Placu Katalonii było już sporo. Co kilka metrów rozstawione od rana stoiska ozdobione katalońskimi kolorami narodowymi oferowały róże. Głównie czerwone. Zresztą już podczas jazdy przez miasto, na każdym niemal rogu ulicy zauwazyć można było takie stoiska.
To sprzedawanie róż na każdym kroku przypomniało mi sprzedawanie konwalii na 1 maja w całej Francji (KLIK TU). Tyle, że konwaliom nie towarzyszyły francuskie flagi.

Plan na dzień był dość prosty: przejść się po La Rambla od Placu Katalonii jak najdalej ku morzu. Po drodze zajrzeć do kilku miejsc : na słynne targowisko La Boqueria, zobaczyć teatr opery Le Liceu, w zrobić skok w bok do Placa Real i aż po Plac Saint Jaume, bo wyczytałam przypadkiem, że  tego dnia w Ratuszu Barcelony są dni otwarte, więc liczyłam na zwiedzanie. Potem późny obiad według hiszpańskich zwyczajów, szwędanie się po Dzielnicy Gotyckiej , spacer po nabrzeżu i powolny spacer powrotny inną trasą.

Plan został wykonany z nawiązką :)

Dzień był słoneczny i ciepły, więc spacer po mieście, pomimo wszechobecnego tłumu zwiedzających barcelończykow i chmary turystów zagranicznych, okazał się wielką przyjemnością.


Zapraszam i was, poczujcie się jakbyście i wy tam byli :)

(nieco niżej przypominam legendę Świętego Jerzego i dlaczego 23 kwietnia stał się to katalońskim świętem)







Oryginalne róże zrobione ze starego papieru


Pojawiały się też często flagi z niebieskim trójkątem i białą gwiazdą zwolenników niepodległości Katalonii

Autorzy podpisujący swe książki




Telewizja przeprowadzająca wywiady uliczne


Plac Katalonii

Tu coś dla mnie - książki o teatrze :)
Szkoda tylko, że nie władam katalońskim...

Le Liceu - opera barcelońska

Już od dziecka młodym Katalończykom wpaja sie szacunek do dzielnego Świętego Jerzego.

A dlaczego? 
Dawno, dawno temu żył w Katalonii nieopodal wioski Montblanc (okolice Tarragony) okropny, okrutny smok.
By go ułagodzić Katalończycy co roku losowali spośród siebie jedną osobę, która musiała mu być oddana na pożarcie.

Aż któregoś roku zły los trafił się córce króla. Cóż było robić? Księżniczka miała zostać kolejną ofiarą smoka.
Ale w momencie, gdy smok już zacierał łapy na myśl o smakowitej księżniczce, nagle pojawił się piękny jeździec na równie pięknym rumaku i odważnie zaatakował smoka włócznią. Śmiertelna rana smoka uratowała księżniczce życie, a obficie tryskająca ze smoka krew zrosiła rosnące w pobliżu róże.

Święty Jerzy, bo on ci to był owym jeźdźcem, zerwał najpewniej okrwawioną różę i podarował księżniczce w wyrazie hołdu.
Od tamtej pory kobiety w dniu Świętego Jerzego obdarowywane są w Katalonii różami.
O tym co było potem legenda milczy, lecz Święty Jerzy stał się z czasem symbolem zwycięstwa Dobra nad Złem , symbolem wolności, patronem zakochanych i całej Katalonii.


Obchody organizują władze miasta

Wiemy już dlaczego kobiety dostajż 23 kwietnia róze, ale dlaczego mężczyznom ofiarowuje się tego dnia książki?
Choć i kobiety też przecież mogą książkę dostać:)
 
Otóż w 1926 roku Oficjalna Izba Książki w Barcelonie ogłosiła dzień 23 kwietnia Dniem Książki. Nie z okazji Świętego Jerzego, lecz jako rocznicę daty śmierci Cervantesa i Szekspira.
 
Święto Książki połączyło się natulaną drogą ze świętem róży i zakochanych.
Dzień Książki rozprzestrzenił się dzięku ruchowi na rzecz języka i kultury katalońskiej.
 
W latach sześćdziesiątych minionego wieku Dzień Książki zaczął być obchodzony w innych krajach hiszpańskojęzycznych, a w 1995 UNESCO ogłosilł dzień 23 kwietnia "Światowym Dniem Książki i Praw Autorskich".
Ot i cała historia w wielkim oczywiście uproszczeniu.
 
Wpis ten jest pierwszym z mego zaplanowanego "tryptyku barcelonńkiego" na temat mego wypadu do Barcelony.
Już wkrótce kolejne części, na które zapraszam serdecznie:)
 
Oryginalna dekoracja wystawy jednego ze sklepów


Barcelońska młodzież najwyraźniej nie jest wybredna co do "widoków" na La Rambla :))


środa, 18 lutego 2015

"U Franusi" na obiedzie, czyli jadłodajnia w katalońskiej wiosce Llers po hiszpańskiej stronie

Lubię różne ciekawostki i wokół mnie wszyscy chyba o tym wiedzą. Czasem są to oryginalne miejsca, innym razem jakieś tradycyjne potrawy czy lokalne święta.  Tym razem to Lison (blog klik), której jestem blogową matką chrzestną, zasugerowała odwiedzenie ciekawego miejsca. Ona sama została tam też zawieziona przez swych znajomych, a oni pewnie też od kogoś znajomego się dowiedzieli. 
(Lison również zamierza napisać u siebie o tym miejscu, więc gdy już opublikuje swe wrażenia, to dodam tu link i będziecie mogli poczytać sobie na ten sam temat, ale po francusku)

Do miejsca tego bowiem trudno bowiem trafić przypadkiem. Nie leży przy żadnym głównym szlaku i nawet przejeżdżając obok, trudno zgadnąć co się kryje za zwykłą, nieco odrapaną fasadą, nad którą widnieje skromny szyld "Cà la Francisqueta" , co pozwoliłam sobie przetłumaczyć na "U Franusi".

Drzwi z prawej to wejście główne do jadalni od strony ulicy

Domyślilibyście się, że to wejście do restauracji?



Wchodzimy więc nieco po dwunastej, bo powiedziano nam, że warto przyjechać wcześniej. Jak się okazuje zajęte są już trzy stoliki. Sami Francuzi zza Pirenejów, jak my. Widocznie poczta pantoflowa i do nich dotarła. Zresztą o tak wczesnej porze, żaden Katalończyk, ani Hiszpan jeszcze nie myśli nawet o jedzeniu. 
W sumie to interes na tym tylko wygrywa, bo od 12 do 14 w knajpce są głównie Francuzi, a po 14-ej pojawiają się dopiero pierwsi Katalończycy i Hiszpanie.

Wchodzimy jak do jadalni w prywatnym domu. Stoły nakryte. Stoi na nich już wino i woda. Nikt żadnego menu nie podaje, bo wyboru nie ma. Każdego dnia Franusia podaje bowiem co jej sie żywnie podoba, ale nikt głodny od niej nie wyjdzie. Zestaw jest jeden i ten sam dla wszystkich i jedynie można poprosić o "przeskoczenie" któregoś z dań, a jest ich w sumie pięć. Do tego wino i woda bez ograniczeń, a potem kawa i digestif (kieliszeczek czegoś mocniejszego na dobre trawienie).

Ledwo usiedliśmy do stołu, pojawiły się na nim świeży chleb i miseczka z aïoli (konsystencją przypomina majonez, ale składniki sa tradycyjnie tylko dwa: czosnek i oliwa z oliwek, stąd i nazwa).





Chwilę potem dostaliśmy półmisek zielonej sałaty z pomidorami, oliwkami i cebulą, a na niej plastry szynki.  
Gwoli ścisłości : wszystkie półmiski jakie  sfotografowalam podczas tej wizyty przeznaczone były dla trzech osob.

Po zaspokojeniu pierwszego głodu zaczęliśmy się rozglądać dookoła. Na ścianach pełno obrazów, fotografii i ozdóbek. Jak u jakiejś cioci lubiącej staroświecki wystrój. Na ścianie w głębi jadalni stoi imponujacy kredens, a w rogu telewizor. Moją uwagę zwrócił również sufit, a raczej sklepienie jak w piwniczce, ale podobno w tym regionie było to typowe w wielu domach i niekoniecznie musi oznaczać, że to jakaś piwniczka z winem tam kiedyś była :)




Po przystawce wjechała na stół ogromna waza z zupą jarzynową z wkładką mięsną oraz nowe talerze. Talerze zresztą nam zmieniano za każdym razem, a ich urok polegał na tym, że każdy był chyba z innego serwisu :) 
Skromnie zjedliśmy po jednym talerzu zupy podejrzewając, że czeka nas jeszcze danie główne. 

Czerwone wino podawane w butelkach służących za karafki okazało się wyjątkowo bardzo dobre i nie tak mocne jak większość hiszpańskich win. Zwróciłam bowiem uwagę, że w Hiszpanii często zdarza nam się pić wina zawierające 14% alkoholu, a we Francji raczej 12-13%. 
Niby niewielka to różnica, ale dla mnie całkiem wyraźnie wyczuwalna.






Po zupie przyszedł czas na danie główne. Przynajmniej tak myśleliśmy. Na stole bowiem pojawił się półmisek z makaronem i mięsem. Nie wyglądał może zbyt wystawnie, ale zapewniam was, że smak był bardzo dobry. No i przede wszystkim trudno to nazwać daniem dietetycznym. Skoro jednak mamy odkrywać nowe , oryginalne miejsca, to trzeba się w końcu poświęcić i spróbować nawet najbardziej "nie-dietetycznych" potraw. Wino pomagało w tym przedsięwzięciu bardzo dobrze, bo popijając wodą trudno byłoby to chyba strawić jak należy.

W momencie kiedy kończyliśmy już makaron odwróciłam głowę, by spojrzeć na kolekcję starych kluczy na ścianie za mną i nagle wyrwało mi się "Jezus Maria"!!!! Na stole obok ujrzałam bowiem półmisek z grilowanymi mięsami, kiełbasą i frytkami. 

Nagle zorientowaliśmy się, że makaron z mięsem NIE BYŁ DANIEM GŁÓWNYM !!!






I rzeczywiście, po chwili i na naszym stole pojawił się półmisek grillowanych mięsiw, kiełbasy, boczku i dużych frytek... Owszem spróbowaliśmy. 
Były bardzo dobre, ale wszystkiego nie dalismy rady skończyć. 

Na koniec był oczywiście deser, który nazywają tam flan, ale już bardziej podobny jest on do crème renversée, czyli ściętego budyniu na karmelowym spodzie. Chyba był zrobiony na pełnotłustym mleku, a jajka były od szczęśliwych kur, bo udał im się wyśmienicie.





Po deserze była kawa z metalowego imbryczka (podana w malutkich szklaneczkach), a po kawie coś mocniejszego na trawienie, jeśli sobie ktoś miał ochotę pofolgować ( i nie prowadził samochodu po posiłku :)








Poszłam oczywiście i do WC, bo często to właśnie toaleta świadczy o lokalu. Tu było w normie, nawet dekoracje były całkiem wesołe. Żeby jednak dostać się do toalety na pierwszym piętrze, to trzeba najpierw przejść przez kuchnię za jadalnią.... 
Nie wiem jak tam jest z normami sanitarnymi w Hiszpanii, ale podejrzewam, że we Francji taka opcja by nie przeszła :)





Kiedy wychodziliśmy po 14-ej, sala była pełna, a przy największym stole siedziało sporo osób, które przyszły w trzech grupkach, ale posadzono ich razem jak na weselu u kuzynki :)





Na jednej ze ścian zauważyłam oprawiony artykuł z katalońskiej prasy na temat tegoż właśnie lokalu. Muszę chyba małżonka poprosić o tłumaczenie w wolnej chwili, bo ciekawi mnie co też tam mogli ciekawego napisać o tej nietypowej restauracji - jadłodajni "U Franusi".








Podsumowując : ciekawostka dla zgłodniałych :) 


Jeśli kiedyś będziecie jechać autostradą z Francji do Hiszpanii na trasie Perpignan - Barcelona, to możecie odwiedzić to miejsce bez trudu. Po wjeździe na teren Hiszpanii należy opuścić autostradę na zjazdem  N°3 i następnie kierować się do LLERS*. Wioska jest parę kilometrów dalej, dobrze oznakowana. Nie ma w niej nic specjalnego, ale gdy sie zapytacie o restaurację " Cà la Francisqueta" to chyba każdy ją wskaże. Naprzeciwko niej jest wolna przestrzeń używana jako parking, więc i z parkowaniem nie ma kłopotu. 

Ach!  Co może być istotne: cały posiłek kosztuje raptem 10 € od osoby 
(ciekawe jak długo utrzyma się taka rewelacyjna cena? :) 
Tak , tak, z winem, wodą mineralną, kawą, koniaczkiem i pięcioma daniami. 
Tyle, że musicie zjeść co ciocia Franusia akurat tego dnia uwarzy :))

Smacznego!




*Llers – hiszpańska gmina w Katalonii, w prowincji Girona, w comarce Alt Empordà.